Po irlandzku o reformie polskiej edukacji

Po irlandzku o reformie polskiej edukacji

16 marca, 2024 Wyłączono przez Redakcja

Podjęliśmy wyzwanie pisarskie i trudno mi zacząć, ponieważ nie wiem, czy mój tekst ukaże się pierwszy czy może ostatni w kolejności. Stąd też może od razu przejdę do rzeczy i krótkiego wyjaśnienia, dlaczego zdecydowałam się opisać swoje (i nie tylko) stanowisko w sprawie zapowiadanych zmian w polskim systemie edukacji. Po pierwsze – byłam uczniem szkoły podstawowej w przepełnionym molochu, gdzie jako jedenastolatka kończyłam lekcje o godzinie 18:05. Pamiętam, jak dostaliśmy w czwartej klasie plan lekcji w godzinach 15-19. To miało zdarzyć się w piątek, ale rodzice zaprotestowali, nie posyłając nas do szkoły w ten dzień.

Potem było gimnazjum, gdzie równie perfekcyjnie musieliśmy pisać piękne rozprawki na języku polskim, jak znać się na trygonometrii, umieć szczegółowo wskazać wszystkie góry i doliny Ameryki Południowej, wiedzieć co to jest H2SO4, nie wspominając o wypełnianiu dzienniczka kandydata do bierzmowania i uczęszczania na wszelkie nabożeństwa w tygodniu, jak i msze w niedziele. A także najważniejsze – być sprinterem, piłkarzem oraz gimnastyczką w jednym.

W liceum, w klasie o profilu humanistycznym, zamiast skupić się na zgłębianiu historii, łaciny, filozofii oraz języka polskiego, bardziej sen spędzała mi z powiek fizyka. Nauczyciel na pierwszej lekcji w pierwszej klasie oznajmił, że my fizyki nie zrozumiemy i musimy się z tym pogodzić. I pogodziliśmy się, chociaż po czasie mogłabym powiedzieć, że ten pan nigdy nie powinien zostać nauczycielem i powinien pogodzić się z prawdą zanim skrzywdził tak wiele roczników.

Uczniem jednak był każdy, a kto patrzył na to z drugiej strony? Jestem z wykształcenia pedagogiem i doskonale pamiętam okres studiów – wspaniały czas, kiedy na chwilę uwierzyłam, że proces edukacyjny nie musi być bolesny i traumatyczny. Niestety krótko potem zetknęłam się z zawodem na żywo i okazało się, że system zaora najlepszego belfra. Ja odpuściłam, zanim na dobre zaczęłam, bo wiedziałam, że ta przygoda nie potrwałaby długo i nie skończyłaby się dobrze. Ale znam osoby, które zrezygnowały z pracy w zawodzie po kilkudziesięciu latach, kiedy już się dłużej tak nie dało. Albo trwają z miłości do pracy i dzieci/młodzieży, balansując na granicy wytrzymałości.

Przechodząc do sedna – w ostatnich tygodniach nowa minister edukacji zarysowała wstępne zagadnienia dotyczące zmian w polskim systemie edukacji. Opinie oczywiście są podzielone. Jedni gorąco kibicują, inni krytykują. Oczywiście podłoże polityczne też ma tutaj znaczenie, ale ja zupełnie się od tego dystansuję – nie ma znaczenia kto. Ważne jest co.

Ograniczenie prac domowych to pierwsza z propozycji nowego rządu. Boomerzy oczywiście protestują, bo przecież oni też odrabiali prace domowe, a kilkugodzinne ślęczenie nad książkami po całym dniu w szkole to takie super było, rzeźbiące charakter. To zapytam od razu: jak ty byś się czuł/czuła, gdybyś po ośmiu godzinach pracy etatowej musiał/musiała w domu spędzić kolejne kilka godzin robiąc dokładnie to samo, co robiłeś/robiłaś w pracy? Nie mów mi o toksycznych pracodawcach, którzy tego wymagają – ty masz wybór i możesz pracę zmienić, młody człowiek szkoły za bardzo rzucić nie może. Poleciałam? Nie sądzę! Rozważane jest ograniczenie a nie likwidacja prac domowych i ma to polegać przede wszystkim na tym, by znieść absurdalność niektórych zadań i nie zawalać głów naprawdę czasem niepotrzebnymi obowiązkami.
Dla przykładu, w Irlandii uczniowie także mają prace domowe, ale jest tego tyle, że po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu, odrobienie zadań zajmuje około godziny, nie więcej. Nie ma ślęczenia godzinami nad podręcznikami, ani w weekendy, ani w święta.

Redukcja lekcji religii to kolejny postulat nowej szefowej resortu edukacji. Cytując klasyka: trzy razy tak! Przejrzałam ramowe plany nauczania z ostatnich dwudziestu lat, na wyrywki. Jedno się nie zmienia: sześć godzin lekcji religii tygodniowo w trzyletnim cyklu nauczania. To znaczy, że np. w liceum ogólnokształcącym masz w tygodniu dwie lekcje religii, a jedną lekcję chemii/biologii/geografii. Jeszcze lepiej: dwie lekcje religii tygodniowo przez trzy lata kontra jedna godzina podstaw przedsiębiorczości tygodniowo przez dwa lata. Mieli rozmach…
Gdzie jest haczyk? Niestety ciągnie się za Polską umowa konkordatowa, która poza ułatwieniem dla nowożeńców także zobowiązuje państwo do zagwarantowania nauczania religii w szkołach publicznych. Złamanie jakichkolwiek zapisów tej umowy byłoby po prostu naruszeniem współpracy dyplomatycznej dwóch krajów (Polski i Watykanu), stąd też deklaracja Barbary Nowackiej o konsultacjach pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej a przedstawicielami Kościoła Katolickiego w Polsce w sprawie systemowej zmiany/ograniczenia a nie likwidacji lekcji religii w szkołach.
Po irlandzku: tutaj nie tylko są lekcje religii w szkołach, ale bardzo dużo szkół jest prowadzonych przez Kościół Katolicki ze względu na historyczną przeszłość państwa. Zaznaczyć tu jednak należy, że zarówno irlandzki rząd, jak i zwierzchnicy irlandzkiego Kościoła Katolickiego przestrzegają zasad konkordatowych i szanują wzajemną autonomię. Kościół jest w kościele, a polityka w rządzie.

Odchudzenie programu nauczania to następny etap edukacyjnych reform. Przeciwnicy grzmią, że przecież uczniowie i tak mają tylko jedną lekcję chemii czy fizyki tygodniowo, co tu odchudzać?!
Po co dzieci i młodzież mają się uczyć skomplikowanych wzorów matematycznych, chemicznych, fizycznych, skoro większości w życiu to się i tak nie przyda, a komu się przyda, może nauczyć się w profilowanym liceum lub na studiach? Ja do dzisiaj nie wiem, po co mi znajomość wzoru prawa Archimedesa. Z trzech praw dynamiki znam tylko czwarte: jeśli ciało A działa na ciało B, to ciało C się nie wtrąca. Uważam, że zamiast uczyć się bezsensownych wzorów z matmy, chemii czy fizyki, dużo bardziej pożyteczne by było nauczenie nas rozliczania podatku PIT. Podobnie, można było nauczyć nas wymieniać uszczelkę w kranie, a nie rysować kwiatki na ocenę (niektórych oceniać z plastyki to jak wystawiać notę rybie za latanie). Zamiast zawalać głowę geografią Antarktydy, mogliśmy poznawać geografię najmniejszej ojczyzny i to empirycznie. Ale to nie była zła wola nauczycieli tylko wina bezsensownie przeładowanego materiału.
Dla porównania znów: uczennica odpowiednika drugiej klasy gimnazjum (pierwszą klasę skończyła w Polsce, a w bieżącym roku szkolnym kontynuuje naukę w irlandzkiej szkole) mówi, że obecnie niejako powtarza program, bo to co zakłada system edukacji irlandzkiej, jest rok wcześniej w Polsce i to też nie w całości. Jest mniej materiału rozłożonego w dłuższym czasie, dzięki czemu uczniowie mają możliwość lepszego opanowania i nauczenia się go. A także na tutejszym przedmiocie „biznes” uczniowie poznają zasady dotyczące ekonomii życia codziennego: jak działają kredyty i oprocentowanie do nich, jak opodatkowane będą ich przyszłe wypłaty, jak działa życie, tak w ogóle.

Ostatni pomysł na reformę polskiej szkoły to zmniejszenie liczby lektur szkolnych. Byłam molem książkowym i pochłaniałam różne pozycje wydawnicze z prędkością światła. Na kilogramy, jeśli nie na tony! W domu wszyscy byli zachwyceni, że tak dużo czytam, a w szkole dostawałam lufy za brak znajomości szkolnych lektur! Bo ja lektur szkolnych nie czytałam. Uważam, że kanon jest przeładowany i archaiczny, zupełnie zniechęcający uczniów do czytelnictwa w ogóle. Klasykę można omawiać w szkole na podstawie fragmentów, bądź, powiedzmy, niech będą to dwie-trzy lektury na rok. Pamiętać jednak należy, że samym Mickiewiczem, choć wielkim poetą był, nie zbudujemy nawyku czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży. Analogicznie, z Pana Tadeusza, składającego się z dwunastu ksiąg, zapamiętałam tę trzynastą, której ani nie zacytuję, ani nie polecę do czytania. Cóż, człowiek był młody, to i pomysły dziwne bywały…
Natomiast w Irlandii lektury szkolne występują w ilości sztuk: jedna na rok (mówimy o poziomie odpowiadającym polskiemu gimnazjum), a dane dzieło czytane jest na lekcjach. Nie ma spędzania weekendów, świąt czy wakacji (tak, też miałam w Polsce kozaków zadających lektury do przeczytania w czasie wakacji) na czytaniu obowiązkowych książek, z których sprawdzian będzie polegał na zapytaniu o kolor kamizelki głównego bohatera.

Podsumowując, podobają mi się propozycje zmian i gdyby udało się je w drożyć w życie, mogłaby to być prawdziwa ewolucja polskiego systemu oświaty. Jednocześnie, odwołując się do moich doświadczeń ze studiów i początków zupełnie nierozpoczętej kariery w edukacji, wiem że mamy w sobie, my – Polacy, dużo systemowego betonu, który nie pozwoli się tym skrzydełkom w pełni rozwinąć. Te skamieniałości są na każdym szczeblu, to nie jest tak, że tylko resortowe wierzchołki nadają się do wyburzenia. System edukacyjny jest bardzo złożony, bo wymaga mądrych rozwiązań systemowych, rozważnych i otwartych pedagogów, którym się chce, ale także mądrych rodziców. Wszak czasami obserwując dyskusje jajogłowych mam wrażenie, że w całym tym zamieszaniu zapominamy, że w edukacji najważniejszy jest uczeń: dziecko, nastolatek, młody dorosły.

____

Bardzo dziękuję Wiktorii oraz jej mamie Magdzie za podzielenie się ze mną doświadczeniem irlandzkiej szkoły i pomoc w odniesieniu się do polskich realiów. Bez Was ten tekst nie byłby taki sam!
Dziękuję również serdecznie Patrycji Chmielewskiej z Nasielska, uczennicy klasy siódmej szkoły podstawowej, oraz jej dziadkowi Marianowi za wykonanie zdjęcia, które widzicie w nagłówku. Jak się okazało, byliście jedynymi osobami, które były mi w stanie tak szybko pomóc.

____

Zdjęcie w nagłówku: Patrycja Chmielewska, Nasielsk, 16.03.2024.


Natalia Sobiecka

Autorka felietonów z niemal dwudziestoletnim doświadczeniem w pisaniu tekstów na różnych platformach. Zauważa szczegóły i widzi drugie dno w na pozór błahej powierzchowności. W wolnych chwilach podróżuje i fotografuje, prowadzi też działalność korektorską i redakcyjną.

https://www.instagram.com/jestes_good_enough