Zupa pomidorowa ze słonecznikami

Zupa pomidorowa ze słonecznikami

28 października, 2022 Wyłączono przez Redakcja

W ostatnich dniach miały miejsce dwa, bliźniaczo podobne do siebie zdarzenia. Grupki ludzi, nazywanych w ogólnych przekazie „aktywistami” zaprotestowały przeciwko zmianom klimatycznym i przeciwko spalaniu paliw kopalnych. Ciężko jest protestować przeciw zjawisku, które trwa siłą bezwładności, ciężko też skutecznie obrać cel protestu, jeżeli współwinny jest każdy, wraz z aktywistami, którzy przecież ubierają się, podróżują, korzystają chociażby w minimalnej mierze z oferty współczesności. Mało tego – odpowiedzialność można przecież rozłożyć też na ludzi, którzy już nie towarzyszą nam w wędrówce po tym łez padole, jak i na przyszłe pokolenia, których zapotrzebowanie na surowce, żywość, wodę itp. można już dziś oszacować. Ta trudność w określeniu odpowiedniego celu zapewne sprawiła, że obiektem protestu (happeningu?, performance?) stały się dwa dzieła europejskich mistrzów malarstwa. Obrazy Van Gogha i Moneta „zaatakowane” zostały odpowiednio: zupą pomidorową i pure ziemniaczanym. W dalszym kroku aktywiści przykleili się w okolicach obu dzieł, co już nie jest tak ważne w kontekście, w jakim chciałbym sytuację opisać, ale należy o tym fakcie wspomnieć, choćby z samej tylko rzetelności. Z tego samego powodu chciałbym też uprzedzić, że nie będzie tu mowy o zasadności samego protestu czy wadze problemu zmian klimatycznych. Zamierzam się skupić na samej tylko formie, jaką przyjęła manifestacja aktywistów. Uważam, że jest to temat na tyle ważny, że należy mu się osobny tekst.

Zupa pomidorowa i pure ziemniaczane, czyli po naszemu – tłuczone ziemniaki, sugerować mogą, że protest odbył się bezpośrednio wizycie u babci. Byłby to jednak błędny trop, żadna szanująca się babcia nie dopuściłaby do pozostawienia na talerzu takiej ilości „ziemniaczków”, które pozwoliłyby na obrzucenie obrazu. Sprawa pochodzenia artykułów spożywczych jest zresztą drugorzędna, ważny jest sam fakt obrzucenia dzieł i narażenia ich na uszkodzenie. O europejskiej sztuce, a szerzej – kulturze, pisałem kilka miesięcy temu w tekście, który zestawiał ją z rosyjskim pojmowaniem świata (https://polskiemerseyside.co.uk/rosyjska-dusza-i-europejska-kultura) W zamierzeniu był to artykuł, który miał pobudzić do lekkiego chociaż optymizmu w sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Obecna wojna na kontynencie to pewien efekt zmian jakie nieuchronnie, od kilku już lat zachodzą na świecie. Część państw, mniej lub bardziej otwarcie, zaczyna kwestionować dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, lub szerzej mówiąc – świata atlantyckiego, rolę dolara i kultury zachodniej. Jest to zresztą wyrażane czasami wprost, ustami przywódców, którzy mają ambicję podzielić od nowa światowy tort wpływów i władzy. W tej układance sytuacja samej Europy przypomina los bogatej cioci, która żyje wystawnie i w sposób dystyngowany, ale jedynie dzięki zgromadzonemu wcześniej majątku. Nie mając bezpośredniego dostępu do surowców, wypychając dużą część przemysłu ciężkiego w inne rejony świata, będąc kilka kroków za liderami nowych technologii (choćby w ramach internetowych rozwiązań, czy lotów w kosmos) Europa ma coraz mniej do zaoferowania światu, który nie oglądając się na nią, próbuje narzucić swoje tempo. Dodając do tego sytuację demograficzną, w której społeczeństwa europejskie z każdym rokiem coraz bardziej się starzeją, sytuacja (delikatnie mówiąc) Europejczyków może budzić niepokój.

To nie przypadek, że „pretendenci” do pierwszoplanowych ról w nowej układance nie widzą w Europie samodzielnej siły. W podlinkowanym wyżej artykule zwróciłem jednak uwagę na pewien czynnik, który nadal wywołuje szacunek do Europy na świecie, ale i też (przynajmniej powinien) wśród Europejczyków. Jest nim kultura, przez wieki tak silna, że jej szerokie elementy są wzorcem na całym globie. Wszak chiński przywódca przemawia ubrany w garnitur i krawat, nie w żółte, cesarskie, szaty. To Europa nadal jest skarbcem przechowującym niezliczoną wręcz ilość dzieł sztuki, poczynając od starożytności, a kończąc na XX wieku. Być może w tym jedyna nasza nadzieja, że mając niemal na każdym kroku namacalne dowody europejskiego ducha, otrząśniemy się z marazmu, próbując po raz kolejny nawiązać do długiego korowodu odkrywców, naukowców, artystów, słowem – ludzi czynu. W przeciwnym wypadku, może spełnić się marzenie aktywistów, nawet bez ich różnorakich aktywności. Możemy stać się bardzo ekologiczni; odcięci od samochodów, podróży, wołowiny na talerzu, w jednym ubraniu. Będziemy po prostu zbyt biedni.

W dziejach świata żadne społeczeństwo nie mogło się obronić przed łamaniem tabu. Jedyną formą obrony było ukarania sprawcy, napiętnowanie, lub nawet wykluczenie. Dzisiejsza reakcja na obrzucanie obrazów obiadami nie przybiera takiej formy. A próba zniszczenia wspólnego dziedzictwa ludzkości jest działaniem, które wręcz prosi się o zdecydowaną odpowiedź. I jej brak jest równie smutny, co sam widok zupy płynącej po „Słonecznikach” van Gogha.

Czytaj także: Szkice piórkiem – Felieton

Autor: Andrzej Smoleń

https://twitter.com/andrzej_smolen