Sukces jest jak moneta: ma orła i reszkę
6 stycznia, 2026Sukces ma swoją piękną stronę, która kusi każdego. Mnie też skusił. To ten moment, gdy po latach pracy wreszcie coś wychodzi dobrze i można to coś pokazać światu i się pochwalić. Zobaczyć swoje nazwisko w druku, usłyszeć oklaski i słowa uznania od obcych osób, że to, co zrobiłam i stworzyłam, ma dla nich znaczenie.
Odniesienie sukcesu w jakiejś dziedzinie niesie ze sobą radość i dumę. To jeden z ważnych etapów na ścieżce życia, satysfakcjonującego życia, bo daje poczucie sprawczości.
„Koniec wieńczy dzieło” – słyszałam często od babci Heleny i chociaż jako dziecko nie wiedziałam, co tak naprawdę znaczy ta fraza, zapamiętałam ją. Zrozumiałam jej znaczenie dopiero wtedy, gdy sama tego doświadczyłam, i mogę dodać, że smakuje wybornie i długo. Ta niezwykła satysfakcja z osiągnięcia zamierzonego celu bierze się z przekraczania granic własnego umysłu i pokonywania wytrzymałości ciała. Po drodze dochodzenia do sukcesu rozprawiłam się z wieloma przeszkodami, nabierając doświadczenia i pewności siebie, co z kolei uczyniło mnie silną. Świadomość, że mogę, umiem i wiem, pozwoliła wznieść się ponad przeciętność. Pozytywne rezultaty dały możliwość cieszenia się, kroczenia przez życie pewnie i godnie, z wysoko podniesioną głową.
Sukces rzadko przychodzi bez ceny, bo za wszystko w życiu trzeba zapłacić. Kosztu tego jednak zwykle nie widać, stojąc w świetle reflektorów i słuchając oklasków. Ta strona sukcesu ukryta jest w jego cieniu i o niej bardzo rzadko się mówi. A jak wygląda? To samotne dni, kiedy po raz dziesiąty poprawiam szczegół, którego nikt poza mną nie zauważy, ale wiem, że ten niedoskonały drobiazg może wpłynąć na odbiór całości. To napięcie, które wchodzi w ciało i nie opuszcza nawet w chwilach odpoczynku i skutkuje migreną. To wreszcie obawa, że pomimo tego, że zrobiłam wszystko, na co było mnie stać, i dołożyłam należytej staranności, coś jednak poszło nie tak, jak trzeba, i mogę spotkać się z miażdżącą krytyką.
Nie mogę też pominąć ceny pomyłek. Bo sukces nie rodzi się w sterylnych warunkach idealnych decyzji. On wyrasta z prób i błędów, z chwil, gdy poszłam w złą stronę i musiałam wracać. Często zaczynałam od początku, bo to, co wyszło, nie nadawało się do tego, by – według moich kryteriów – mogło ujrzeć światło dzienne. Każda porażka, każda nieudana próba, każdy fałszywy krok to ukryte cegły, na których wznosiłam prawdziwe osiągnięcie.
Po latach, budując swój sukces, ale też obserwując dokonania innych, wiem już, że te prawdziwe i trwałe fundamenty zbudowane są na pracy, doskonaleniu własnych umiejętności i dobrych relacjach z innymi współtwórcami. Doszłam do wniosku, że tylko o taki sukces warto zabiegać i tylko taki ma sens. Protekcja, przypadek czy chwilowa moda mogą dać krótkotrwały błysk, ale nie zbudują trwałego dorobku. Prawdziwe rezultaty, te, które mają w dłuższej perspektywie przetrwać i które mogą dać podwaliny do kolejnych stopni w górę czy kolejnych etapów, rodzą się wyłącznie z konsekwencji, dyscypliny i ciężkiej pracy. Pod każdym następnym etapem chcę podpisać się własnym wysiłkiem, własną systematycznością, determinacją, a także często odwagą w robieniu czegoś inaczej niż wszyscy.
Za sukces płaci się niewidoczną dla oka walutą. Najczęściej to czas, którego nie odzyska się nigdy. Noce zamienione na godziny pracy, święta spędzone przy komputerze zamiast z rodziną. Płaci się zdrowiem, zmęczeniem i stresem. Wreszcie – płaci się samotnością. Bo im wyżej się wspinam, tym mniej osób towarzyszy mi na drodze, a coraz więcej stoi obok, przyglądając się z dystansu. I krytykując za najmniejsze potknięcie. Pięknie ten stan opisał Ryszard Kapuściński: „Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy się wie rzeczy, o których inni nie wiedzą, i nie bardzo jest to komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje”.
Istnieje jeszcze bardziej ukryta cena sukcesu. To kompromisy i kłótnie z samą sobą. To wszystkie chwile, kiedy musiałam z czegoś zrezygnować, by zrobić to, co muszę wykonać w danym momencie, bo tak trzeba. To wysiłek, by „dowieźć” i nie zawieść własnego ja, chociaż łatwo byłoby rozgrzeszyć się z obietnic danych samej sobie – przecież nikt o nich nie słyszał i nie wie. Czasem moja niezawodność okazywała się pyrrusowym zwycięstwem – dawała więcej goryczy niż radości. Ale z perspektywy czasu, gdy pojawiał się smak prawdziwego sukcesu, ten gorzki posmak znikał. Dlatego zawsze tłumaczyłam sobie, że było warto. Zresztą nie potrafiłam inaczej. Robiłam najlepiej, jak umiałam, nawet jeśli musiałam dochodzić do celu wieloma krętymi drogami.
Od wielu lat noszę w sobie pewną wiadomość od czytelniczki. Dostałam ją po pochwaleniu się sukcesem wydania swojej pierwszej książki, który był zakończeniem wieloletniego procesu, polegającego na tym, że czytałam wszystko, co znalazłam w Internecie na temat sposobów, warunków i poszczególnych etapów publikacji. Przez kilka lat pisałam do różnych osób z pytaniami o porady, uczestniczyłam w płatnych mastermindach, brałam czynny udział w tematycznych grupach na Facebooku, pisałam regularnie, prowadziłam swojego bloga oraz zarabiałam pieniądze i odkładałam je z myślą o projekcie pod tytułem „książka”. I dostałam komentarz, który miał być w swoim założeniu miły i poprawny, ale walnął mnie w twarz na tyle mocno, że do dzisiaj noszę jego kopię w telefonie. Czytelniczka zapytała mnie, jak to zrobiłam. Bo ona i jej koleżanka noszą się z zamiarem wydania swoich książek, ale ona sama jeszcze nawet nie zaczęła pisać, a tekst koleżanki został odrzucony przez wydawnictwa. I w związku z tym ona nie wie, czy w ogóle warto w tej sytuacji zabrać się do pisania. W dodatku jest w ciężkim okresie swojego życia, bo mąż stracił – najprawdopodobniej z przyczyn politycznych – piastowane do tej pory stanowisko, a ona nie pracuje, bo poprzednia posada jej nie satysfakcjonowała.
Odpowiedziałam. W długiej wiadomości wyjaśniłam poszczególne etapy, łącznie z podróżą do Brukseli, by móc porozmawiać o procesie wydawniczym z inną blogerką, Agnieszką Korzeniewską, która tam wtedy mieszkała i dała się zaprosić na kawę. Dla pełnego obrazu dodam, że autorką komentarza była kobieta o bardzo dobrej pozycji społecznej w Polsce, wykształcona, o dość znanym wtedy nazwisku i szerokich znajomościach. Dla mnie było nobilitacją, że ktoś taki w ogóle zaszczycił mnie uwagą i prośbą o radę. Oto co mi napisała w odpowiedzi na moje informacje, co zrobić, żeby wydać książkę, i ile to kosztuje:
„Niby szukam pracy, ale tak naprawdę nie mam na to czasu albo siły. Ale gdyby ktoś mi powiedział, że mam się zgłosić tu i tu i byłoby to w miarę zgodne z kwalifikacjami, to poleciałabym od razu. Boję się, bo dawno nie chodziłam do normalnej pracy. Wypadłam z rynku i rytmu. Czekam na wiosnę, licząc, że wstąpi we mnie nowa siła i energia. (…) Po prostu wiem, że moje życie nie pozwala mi na uprawianie hobby. A może po prostu nie mogę tego życia ogarnąć? Fajnie, że możecie mieć takie hobby [ja i Agnieszka Korzeniewska]. I w tym kontekście bardzo mi żal Justyny, bo w porównaniu do dwóch książek Agnieszki, które przeczytałam, jej powieść jest o kilka poziomów wyżej. Oczywiście takie jest moje zdanie”.
Wiadomość tę czytałam po kryjomu w toalecie, w której sprawdzałam porządek, w czasie głośnego, pijackiego piątkowego wieczoru w angielskim pubie na wysokim piętrze, będąc już o tej późnej porze nieludzko zmęczona. I wtedy zrozumiałam, że sukces jest częścią ludzkiej natury – pragnieniem, by coś po sobie zostawić, coś zbudować, czego nie zdmuchnie pierwszy lepszy wiatr. Ale prawdziwe pytanie nie brzmi: czy chcesz osiągnąć sukces? Każdy odpowie, że chce! Właściwe pytanie brzmi: jaką cenę jesteś gotów za sukces zapłacić? I czy potrafisz podjąć wysiłek, by płacić ją świadomie? Moja czytelniczka pragnęła sukcesu, ale nie była absolutnie gotowa na zapłacenie jego ceny – ani wyrażonej w pieniądzach, ani w wysiłku włożonym w wykreowanie treści książki.
Sukces nie rodzi się w próżni. To nie coś, co przychodzi samo. Sukces jest dodatkiem do ambicji, pracy i determinacji. I zawsze wyciąga rękę z rachunkiem. To od nas zależy, czy zechcemy należność uregulować.

Róża Wigeland
Miłośniczka sztuki współczesnej, twórczyni asamblaży i kolaży, pisarka, felietonistka i wydawczyni. Autorka książek non-fiction. Jej priorytetem jest po prostu dobre życie. Obywatelka Europy, mieszkająca obecnie w Anglii nad Morzem Północnym.

