Wielokulturowość na Ziemiach Odzyskanych
9 maja, 2026Kiedy przyszło zaproszenie na wydarzenie kulturalne w Londynie pod hasłem „Słowiańskie korzenie”, musiałam głęboko zastanowić się, dlaczego mnie wybrano? Ludowych wzorów nie maluję, urody słowiańskiej nie mam, na wydarzeniu patriotycznym byłam raz w ciągu 12 lat życia na emigracji. Dlaczego komuś pasuję do wypełnienia programu? Bo tworzę rękodzieło i piszę po polsku? Trochę za mało. Po kilku dniach organizatorka zaproponowała, abym opowiedziała o słowiańskich korzeniach w kontekście regionu pochodzenia. Mojego lub mojej rodziny. I tu dopiero nastał bałagan w sposobie mojego myślenia! Bo ani miejsce urodzenia, ani losy rodziny, w których skutki wojen miały kluczowe znaczenie, ze słowiańskością miały niewiele wspólnego. Czy aby na pewno? – coś jednak kazało mi się temu przyjrzeć.
W wielu opowieściach ludzi o początkach ich emigracji i przystosowaniu się do nowego życia w nowej ojczyźnie, przewija się często narracja o nauczeniu się pracy według innych procedur i obcowania w wielokulturowym społeczeństwie. Mnie ten etap na szczęście ominął – myślałam często. Już raz zastanawiałam się nad tym podczas wymiany refleksji ze współautorem książki „Chłopi, Reymont i różne refleksje”, ale krótko i nie pochyliłam się nad tym szczególnie. Dopiero przygotowania do wystąpienia na wymienionym wyżej wydarzeniu kulturalnym uświadomiło mi, że otwartość na inne kultury, obyczaje, języki oraz sposoby bycia miałam, jak dziś myślę, zapisane w genach, choć przez długi czas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Z perspektywy historii rodzinnej, pamięci przedmiotów i opowieści przekazywanych mimochodem, przy kuchennym stole, zaczęłam rozumieć, że wychowanie wśród różnych akcentów, z sąsiadami „zza Buga”, Francji czy różnych regionów Polski jest moją tożsamością.
Na Ziemiach Odzyskanych, gdzie urodziłam się i spędziłam dzieciństwo oraz wczesną młodość, odmienność nie była wyjątkiem, ale codziennością. Ludzie mówili inaczej, czasem inaczej robili znak krzyża w kościele, opowiadali o innych krajobrazach, jadałam w ich domach inne potrawy na stole. A jednak nauczyli się żyć obok siebie i stworzyli wspólnotę. Chyba właśnie stąd wzięło się moje przekonanie, którego długo nie umiałam nazwać, że inność to nic niezwykłego, a wielość tradycji i zwyczajów jest normalna. Moja historia, zaczynająca się na Ziemiach Odzyskanych, dała mi dobre podwaliny do życia w różnorodnym świecie, zwłaszcza w tym obecnym – emigracyjnym.
Historia Ziem Odzyskanych po 1945 roku to złożona opowieść, w której splotło się wiele czynników. Po pierwsze: geopolityka. Nowe granice, ustalone podczas konferencji poczdamskiej, wymagały legitymizacji. Dla milionów ludzi przesunięcie Polski na zachód nie było oczywiste ani historycznie „naturalne”. Rządzący państwem polskim bardzo szybko zrozumieli, że samo administracyjne objęcie nowych terenów nie wystarczy, aby uczynić je częścią Polski. Potrzebna była opowieść, która nada przesunięciu granic sens historyczny i moralny. W ten sposób powstała narracja o „odwiecznej polskości”, oparta na odwołaniu do piastowskiej przeszłości, słowiańskich korzeni i rzekomego historycznego powrotu tych ziem do macierzy. Samo określenie „Ziemie Odzyskane” było tu niezwykle znaczące, ponieważ sugerowało odzyskanie czegoś własnego, a nie przyjęcie terenów przyznanych w wyniku powojennych ustaleń politycznych. Był to mit założycielski nowego porządku, budowany poprzez propagandę, literaturę, widowiska publiczne, szkolne apele „ku czci” i monumentalne przedsięwzięcia, takie jak choćby Wystawa Ziem Odzyskanych we Wrocławiu w 1948 roku. Miała ona pokazać sukces odbudowy, ale przede wszystkim nową tożsamość zachodnich terenów. Wierzono, że można w ten sposób oswoić zastaną przestrzeń, pozostawioną przecież przez wroga, odnaleźć się wśród poniemieckich przedmiotów i stworzyć wśród nich nowy dom. Myślimy: wystawa i oczami wyobraźni widzimy obiekty z przeszłości, może odrobinę współczesności. Ale z czego stworzyć wystawę na terenie, na którym wszystko jest nowe albo nie nasze? Dotarłam do źródła i opisu, poszukując odpowiedzi na zadane sobie pytanie: skąd w moim rodzinnym domu mówiło się, że jakiś wzór na sukience czy zasłonach jest w „picassy”?
Na około czterdziestu hektarach stanęło 59 pawilonów wystawowych. Obrabiarki, tkaniny, wina, zapałki, porcelana, makiety tuczarni gęsi, maszyny rolnicze, motocykle, a nawet funkcjonująca fabryka zeszytów, czy prototypy domów. Na wystawie było co oglądać, ale nie tylko o oglądanie wówczas chodziło. Pomysłodawcom zależało, by odwiedzający zaangażowali swoje ciała w obcowanie z przedmiotami, dotykając nowiutkich błyszczących motocykli, siadając na nowych meblach czy biorąc do ręki dopiero co wyprodukowane przedmioty. Dzisiaj takie wystawy nazywamy interaktywnymi. Wystawa Ziem Odzyskanych była także przyczyną, dla której we Wrocławiu pojawił się… Pablo Picasso. Hiszpański twórca był jednym z gości Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju stanowiącego część przedsięwzięcia ekspozycyjnego.
Przejdźmy do drugiego ważnego aspektu Ziem Odzyskanych, a mianowicie ludzi, w tym moich rodziców i dziadków. Codzienność pierwszych osadników rzadko przypominała triumfalny powrót na historyczne ziemie. Dla wielu była raczej doświadczeniem wykorzenienia, tymczasowości i ciągłego niedowierzania, że to nowe miejsce rzeczywiście może stać się domem. Przybywali tu repatrianci z Kresów, niosąc pamięć Wilna, Lwowa i Wołynia. Przyjeżdżali osadnicy z centralnej Polski. Byli robotnicy przymusowi z Niemiec. Byli żołnierze osadnicy, którym po wojnie nadawano ziemię. A także autochtoni, którzy pozostali na miejscu i sami musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości państwowej. Wśród tej licznej już społeczności znaleźli się fachowcy z Francji, którzy pomagali zakładać i wdrażać infrastrukturę przemysłową. Wielu ludzi przez lata żyło w przekonaniu, że sytuacja jest tymczasowa, że granice mogą się jeszcze przesunąć, że być może nastąpi powrót do Lwowa lub Grodna. Nie sadzono drzew, bo może nie warto; nie remontowano dachów, bo może trzeba będzie wyjechać; w szafach przechowywano spakowane walizki z dokumentami i najcenniejszymi pamiątkami. Sama pamiętam taką walizeczkę u babci w szafie. Ten stan niepewności ciągle był obecny, na przykład w dywagacjach rodzinnych, czy warto doprowadzić wodociąg do domu – studnia przecież wystarczała.
Najbardziej namacalnym wymiarem tej rzeczywistości było zetknięcie z „mieniem poniemieckim”, czyli pozostawionymi przez dawnych mieszkańców rzeczami, również tą studnią, do której nie wolno mi było zaglądać, a którą dziadek zmodernizował do takiej z pompą. Pamiętam stare albumy ze zdjęciami, naczynia i obrazy na strychu. Nikt ich nie wyrzucił. Złożone starannie w kącie czekały zapewne na kogoś, kto się po nie zgłosi. Inne przedmioty, choćby meble budziły ciekawość, ale z czasem stawały się elementem codzienności. Niemiecki kredens w kuchni mama przemalowała na biało-niebiesko, na obcym stole babcia rozłożyła obrus z Kujaw, stare naczynia włączono do nowego domowego porządku. Oswajanie przestrzeni dokonywało się więc nie tylko poprzez polityczne akty nazewnicze i administracyjne decyzje, ale także poprzez codzienny pragmatyzm. A teraz łapie się na tym, że tak wyglądał każdy początek w nowym domu na emigracyjnym szlaku. Już nie walizeczka z dokumentami, a tekturowa teczka i segregator. Biurko przemalowane na biało, którego blat z niewiadomych dla mnie przyczyn ciągle się kleił. Porcelanowa filiżanka, do której próbowałam dokupić jeszcze kilka przynajmniej o podobnym wzorze. Ale wróćmy jeszcze na chwilę na Ziemie Odzyskane.
To właśnie w takich praktykach codzienności zrodziło się moje poczucie estetyki. Bawiłam się lalkami-matrioszkami przywiezionymi przez ojca z wizyty w rodzinnych stronach. Chodziłam do kościoła w dniu Matki Boskiej Zielnej z wianuszkami uplecionymi przez babcię z kłosów i polnych kwiatów. Jadłam przy stole nakrytym serwetą z haftem richelieu, wykonaną przez sąsiadkę. A na talerzach, zasłonach i pościeli widziałam kubistyczne wzory z obrazów Picassa, tak modnego we wzornictwie przemysłowym latach powojennych, bo jego wizyta na wystawie we Wrocławiu odcisnęła swoje piętno. Nosiłam także biżuterię z bursztynami kupioną w Cepelii w najbliższym miasteczku.
No właśnie – Cepelia! To nie była tylko sieć sklepów, to była cała instytucja z ludowym rękodziełem wspierająca lokalnych rzemieślników poprzez organizację produkcji, dystrybucję i eksport, ale także kształtująca gust. Na Ziemiach Odzyskanych miało to szczególne znaczenie, ponieważ w przestrzeni pozbawionej długiej lokalnej ciągłości właśnie rzemiosło i wzornictwo pomagały budować symboliczne ukorzenienie się. Na tych terenach nie było ludzi „stąd”. Tu każdy skądś przyjechał. I ta wielokulturowość musiała naturalną koleją rzeczy zaistnieć w rzemiośle i wyrobach artystycznych. Na półkach obok siebie stały wspomniane wcześniej przeze mnie lalki-matrioszki obok lalek w tradycyjnych strojach łowickich czy krakowskich. Na półkach leżały obrusy haftowane krzyżykami we wzory z Kresów obok tych wyszywanych w tradycyjne wzory z Mazowsza. Rzeźby w drewnie wykonane przez lokalnych artystów i kilimy w „picassy”. A to wszystko uzupełnione dekoracyjnymi talerzami z Włocławka, ceramiką użytkową z Bolesławca i kryształowymi karafkami.
W tym samym czasie rodziły się nowe trendy we wzornictwie. Polska Ludowa pomimo wszystkich ograniczeń systemowych, stworzyła ważne zaplecze dla rozwoju projektowania. Szczególną rolę odegrała Wanda Telakowska i Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Jej hasło: „Kultura i sztuka na co dzień i dla wszystkich” dobrze oddawało ideę demokratyzacji estetyki. Telakowska nie dostrzegała w sztuce ludowej reliktu przeszłości, lecz zasób form dla nowoczesnego projektowania. Chciała przenieść ludowe wzory do masowej produkcji. Był to projekt ambitny: połączyć tradycję z przemysłem. Tak zrodziły się projekty inspirowane ornamentem ludowym, ale produkowane nowoczesnymi metodami: ceramika włocławska, tkaniny drukowane w motywy regionalne, meble o lekkiej, organicznej formie, szkło artystyczne, powojenne wzory tkanin użytkowych. Cepelia była zjawiskiem, siecią szczególnych sklepów, która stała się pomostem między lokalnym rzemiosłem a kulturą narodową. Rzemieślnicy i artyści w swoich dziełach i wyrobach przynieśli do gęsto rozsianych placówek Cepelii różne elementy swojej tożsamości, swoją pamięć form i ornamentów. I w tym nowym otoczeniu te elementy zaczęły układać się w odrębną estetykę.
Patrząc na życie na Ziemiach Odzyskanych przez pryzmat papierowych gazet i czarno-białej telewizji, a także lekcji w szkole podstawowej, można by przypuszczać, że to była realizacja rządowego projektu. Ale ludzie i ich codzienność rządzi się odmiennymi prawami. Z czasem zrodziły się autentyczne wspólnoty, powstawały więzi sąsiedzkie i małżeństwa mieszane. Sama jestem owocem takiego małżeństwa. Moja historia stamtąd się wywodzi. Jest opowieścią o tworzeniu świata od nowa, która w moim ciele przechowała się do dzisiaj. Wyrosłam na wielokulturowości. Może dlatego różnorodne społeczeństwo jest dla mnie czymś naturalnym. I dlatego, gdziekolwiek się znajdę, potrafię swój dom zbudować na nowo.
Serdeczne podziękowania składam na ręce Małgorzaty Asman, która zaprosiła mnie do wystąpienia w organizowanym w Londynie wydarzeniu pod nazwą „Słowiańskie korzenie” i niejako „zmusiła” do zajrzenia w głąb życiorysu i przyjrzenia się, ile noszę w sobie słowiańskości

Róża Wigeland
Miłośniczka sztuki współczesnej, twórczyni asamblaży i kolaży, pisarka, felietonistka i wydawczyni. Autorka książek non-fiction. Jej priorytetem jest po prostu dobre życie. Obywatelka Europy, mieszkająca obecnie w Anglii nad Morzem Północnym.


