V-2 w rękach Polaków. Brawurowa akcja polskiego wywiadu podczas II wojny światowej.

V-2 w rękach Polaków. Brawurowa akcja polskiego wywiadu podczas II wojny światowej.

11 maja, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Jak to w ogóle możliwe, że Polacy weszli w posiadanie rakiety V‑2, zwanej potocznie „cudowną bronią Hitlera”? Przecież była to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic III Rzeszy, broń mająca odwrócić losy wojny na korzyść Niemiec!

Zacznijmy od tego, czym właściwie była V‑2. To pierwszy w historii pocisk balistyczny, zaprojektowany jako broń odwetowa (stąd litera „V” od niemieckiego Vergeltungswaffe). Startowała pionowo, a jej zasięg – jak na tamte czasy wręcz niewiarygodny – sięgał 380 kilometrów. Wystrzeliwana z Holandii mogła bez problemu dosięgnąć Anglii. I tak też się stało: 8 września 1944 roku pociski odpalone spod Hagi po kilku minutach lotu uderzyły w Londyn. V‑2 osiągała prędkość nawet 5000 km/h i wznosiła się na wysokość około 100 kilometrów, wchodząc tym samym w przestrzeń kosmiczną. Była praktycznie niemożliwa do zestrzelenia.

Czy zatem Anglicy wiedzieli o jej istnieniu wcześniej? Tak – i to właśnie dzięki Polakom. Armia Krajowa uważnie śledziła niemiecką aktywność i ustaliła, że na wyspie Uznam działa tajny ośrodek rakietowy. Już w 1943 roku do aliantów trafiły raporty AK zawierające nie tylko lokalizację ośrodka, lecz także informacje o transporcie i testach rakiet prowadzonych na terenach okupowanej Polski. Alianci potraktowali te doniesienia bardzo poważnie.

17 sierpnia 1943 roku alianci poderwali aż 586 bombowców, by zniszczyć ośrodek na wyspie Uznam. Maszyny wystartowały wieczorem, zrzucając łącznie około 2 tysięcy ton bomb. Warto wspomnieć o pewnym „triku” alianckiego dowództwa: aby zwiększyć determinację załóg, na odprawie powiedziano lotnikom, że celem jest fabryka produkująca broń przeciwlotniczą. Dzięki temu potraktowali zadanie bardziej osobiście i jeszcze staranniej celowali. Po wojnie historycy przyznali, że nalot – przeprowadzony na podstawie informacji od AK – opóźnił produkcję V‑2 o co najmniej kilka miesięcy. To oznacza tysiące uratowanych istnień i realne przyspieszenie klęski III Rzeszy. Już ten fakt pokazuje, jak ogromny wpływ na przebieg wojny miał polski wywiad.

Ale to dopiero początek. Polacy nie tylko dostarczyli informacji – oni weszli w posiadanie całej rakiety V‑2! Jak to możliwe? Pomógł im łut szczęścia, ale i świetne przygotowanie. 20 maja 1944 roku w okolicach Sarnak, nad Bugiem, na wschód od Siedlec, spadła jedna z testowanych przez Niemców rakiet. Co najważniejsze – była niewybuchem. Żołnierze Armii Krajowej błyskawicznie zabezpieczyli pocisk i ukryli go przed Niemcami.

Czy znaleźli się tam przypadkiem? Wcale nie. Wiedzieli o niemieckich testach i o tym, że w rejonie Sarnak i Bliżyna znajdują się poligony, na które często spadały fragmenty rakiet. Tym razem jednak nie były to szczątki – w ich ręce trafił kompletny pocisk. Prawdziwy skarb wywiadowczy.

Momen­tem zdobycia rakiety ruszyła cała podziemna machina. Pierwszym krokiem było jej rozebranie na części — zadanie to wykonali żołnierze AK. Następnie elementy trafiły do warszawskich naukowców. Warto podkreślić, jak ogromnym wyzwaniem był już sam transport do stolicy: każda kontrola niemiecka mogła zakończyć się tragicznie. Właściwie każdy etap — posiadanie, przewożenie, a nawet sama wiedza o V‑2 — groził śmiercią albo w najlepszym razie obozem koncentracyjnym. Mimo to AK podjęła ryzyko.

Analizą zdobytego pocisku zajęli się najwybitniejsi specjaliści. System sterowania badał inżynier Janusz Groszkowski, a skład paliwa i mechanizm napędowy — profesor Marceli Struszyński. Alianci uznali, że wyniki analiz, dokumentacja, mikrofilmy oraz najważniejsze: same części rakiety muszą trafić do Londynu. Transport miał odbyć się w ramach operacji o kryptonimie „Most III”. Dlaczego „III”? Ponieważ była to już trzecia taka akcja — swoisty „most powietrzny” łączący Polskę Podziemną z aliantami.

Pierwszy „Most” przeprowadzono w nocy z 15 na 16 kwietnia 1944 roku. Był to test, czy takie loty w ogóle są możliwe. Ryzyko było ogromne: należało improwizować lądowisko, zwykle na polanie w pobliżu charakterystycznego punktu terenowego, jak jezioro czy rzeka. Tuż przed przylotem trzeba było oświetlić teren, a następnie w ekspresowym tempie wyładować i załadować wszystko, co konieczne. A to wszystko na ziemiach okupowanych przez Niemców. Mimo trudności misja zakończyła się pełnym sukcesem — do Polski dostarczono sprzęt radiowy i pieniądze, a do Londynu zabrano kurierów, oficerów AK i pocztę.

„Most II” odbył się w nocy z 29 na 30 maja 1944 roku, ponownie na lotnisku AK „Bąk” koło Lublina. I tym razem operacja przebiegła bez strat, co tylko umocniło wiarę aliantów i dowództwa AK, że loty wahadłowe są realne. Dostarczono broń i fundusze, a na pokład zabrano kolejnych emisariuszy i oficerów.

Operacja „Most III” miała być jednak wyjątkowa — ładunek z Polski miał wartość absolutnie bezprecedensową. Do zadania wyznaczono samolot Dakota KG‑477 „V”, który wystartował 25 lipca 1944 roku z lotniska Campo Casale pod Brindisi. Załogę stanowili:

• Kapitan George Culliford – pilot z Nowej Zelandii

• Porucznik Kazimierz Szrajer – drugi pilot z 1586 Eskadry Specjalnego Przeznaczenia

• Kapitan Williams – nawigator RAF

• Sieantr J. Appelby – radiooperator RAF

Tym razem zmieniono lokalizację lądowiska. Otrzymało kryptonim „Motyl” i znajdowało się niedaleko Tarnowa. Nie obyło się bez komplikacji. Pierwszy termin przylotu trzeba było odwołać z powodu ulew, które zamieniły polanę w grzęzawisko. Kolejny — ponieważ na łąkach pojawiły się dwa niemieckie samoloty zwiadowcze ćwiczące starty i lądowania. Gdy 24 lipca wreszcie opuściły teren, polski wywiad doniósł, że w pobliskiej wsi Wał‑Ruda (zaledwie 1,5 km od „Motyla”) pojawiło się około stu niemieckich lotników wyposażonych w armatki przeciwlotnicze.

Po burzliwej naradzie dowódcy AK zdecydowali jednak: operacja musi się odbyć. Na wszelki wypadek wzmocniono ochronę — na miejsce skierowano 200 żołnierzy AK, którzy mieli stanowić dodatkowe zabezpieczenie.

Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Dakota pojawiła się o wyznaczonej godzinie, AK przygotowała jej lądowisko, a na ziemi błyskawicznie przeprowadzono wyładunek i załadunek. Cała operacja trwała zaledwie kilka minut. Tym razem do Polski dotarł specjalny emisariusz RP, Jan Nowak‑Jeziorański „Zych”, a wraz z nim trzech cichociemnych: Bilski „Rum”, Starzyński „Malewa” i Wolniak „Mięta”. Dostarczono również sprzęt i pocztę.

Na pokład samolotu wsiadł kapitan Jerzy Chmielewski „Rafał”, oficer AK odpowiedzialny za bezcenny ładunek: żyrokompas elektromagnetyczny V‑2, fragmenty rakiety, raport wywiadowczy AK oraz analizy wykonane przez Groszkowskiego i Struszyńskiego, uzupełnione dodatkowo o opracowanie konstrukcji V‑2 autorstwa inżyniera Kocjana. Oprócz niego mieli odlecieć także: Tomasz Arciszewski „Stanisław”, przywódca PPS i późniejszy kandydat na prezydenta, Józef Retinger „Salamander”, emisariusz rządu emigracyjnego, kurier Tadeusz Chciuk „Marek Celt” oraz porucznik Czesław Miciński.

I właśnie wtedy zaczęły się „schody”. Po sprawnym załadunku Dakota była gotowa do startu. Silniki odpalono… lecz maszyna nie ruszyła. Próbowano ponownie — bez skutku. Wśród załogi i żołnierzy AK narastała panika. Rozważano nawet spalenie samolotu, by nie wpadł w ręce Niemców. Wtedy pułkownik Zdzisław Baszak „Pirat” obszedł maszynę i odkrył przyczynę: koła ugrzęzły w podmokłej ziemi. Pod ciężarem Dakoty polana po prostu się zapadła.

Aby zmniejszyć masę, ponownie rozładowano samolot. Pod kołami wykopano rowy, podłożono deski i siano. Do pomocy ruszyli okoliczni mieszkańcy i partyzanci. Minuty dłużyły się jak godziny… W końcu, podczas trzeciej próby, Dakota drgnęła i ruszyła. Natychmiast załadowano cenny ładunek i samolot wzbił się w powietrze, obierając kurs na Brindisi. Operacja zakończyła się sukcesem — choć zamiast planowanych sześciu minut trwała niemal półtorej godziny. I to wszystko tuż pod nosem stacjonujących nieopodal Niemców.

Bezcenne materiały trafiły do Londynu, pozwalając aliantom lepiej zrozumieć nową broń III Rzeszy. Historycy zgodnie przyznają, że „Most III” był jedną z najbardziej brawurowych akcji II wojny światowej. Niestety, cieniem na tym wyczynie kładzie się fakt, że Brytyjczycy dość szybko o nim zapomnieli.

Po otrzymaniu materiałów alianci natychmiast przystąpili do własnych analiz, które potwierdziły ustalenia Polaków. Ugruntowało to przekonanie, że raporty AK są w pełni wiarygodne. Rozumiejąc skalę zagrożenia — V‑2 mogły skutecznie atakować zarówno Paryż, jak i Londyn — alianci rozpoczęli naloty na zakłady produkcyjne oraz intensywne poszukiwania i niszczenie mobilnych wyrzutni. Choć nie udało się całkowicie sparaliżować produkcji, to dzięki informacjom Polaków znacząco ją opóźniono.

Między wrześniem 1944 a końcem marca 1945 roku Niemcy odpalili około 5500 pocisków V‑2. Szacuje się, że około 70% trafiło w cele, powodując śmierć około 7 tysięcy ludzi. Po wojnie technologia V‑2 stała się fundamentem rozwoju rakiet balistycznych w USA, ZSRR, Chinach i Francji.

Dziś w okolicach lądowiska „Motyl” stoi tablica pamiątkowa. „Most III” był ostatnią operacją pod tym kryptonimem — głównie dlatego, że tereny te zajęła Armia Czerwona, która nie tolerowała takich akcji na obszarach pod swoją kontrolą. Dodatkową „skazą” pozostaje fakt, że Brytyjczycy szybko wyciszyli pamięć o tej akcji, co szczególnie bolało jej uczestników. W 1944 roku Wielka Brytania i USA były strategicznie związane ze Związkiem Sowieckim, a podkreślanie sukcesów Polskiego Państwa Podziemnego było dla nich politycznie niewygodne. Po wojnie, gdy Polska znalazła się w sowieckiej strefie wpływów, eksponowanie roli AK stało się wręcz niebezpieczne. Do tego dochodzi jeszcze skłonność Brytyjczyków do przypisywania sobie pełni zasług — widoczna choćby w powojennym pomijaniu polskiego wkładu w złamanie Enigmy.

Tym bardziej warto znać tamte wydarzenia i oddać hołd wszystkim, którzy brali w nich udział — zarówno żołnierzom AK, jak i odważnym pilotom lądującym w samym sercu terytorium wroga.

Źródło: Wikipedia

https://wolfenstein.fandom.com/wiki/V-2_Rocket

https://www.memorialflightclub.com/blog/c-47-dakota-za947-%E2%80%93-25-years-bbmf


Łukasz Grześkowiak

ekonomista z dyplomem, historyk z pasji, pisarz z wyboru, a Dexter z przydomku. Zadebiutował w 2013 roku książką Walker – Pogromca U-Bootów, która szybko wypłynęła na szerokie wody (dosłownie i w przenośni), doczekała się wznowienia, a autor — kolejnych publikacji, które zyskały status bestsellerów i uznanie wśród fanów historii morskiej.

Od U-Bootów na Morzu Śródziemnym po U-505 – Prawdę o wojnie na morzu, z chirurgiczną precyzją rozkłada na części niemiecką flotę podwodną. W 2024 roku dorzucił do kolekcji U-48. Najskuteczniejszy U-Boot Hitlera — bo jak twierdzi, „każdy U-Boot ma swoją historię”.

Występował jako prelegent na Festiwalu Nurkowania Wrakowego, publikował dla portali Ciekawostki historyczne i Twoja Historia. Kolekcjonuje oryginalne pocztówki z okrętami podwodnymi i płyty CD. Ma ich ponad 500, głównie z muzyką niezależną, bo jak mówi: „mainstream to nie moja bajka”.

Były wokalista punkowego zespołu Antykwariat, fan NBA z lat 90., człowiek, który wie, co to znaczy „trzymać poziom” — zarówno w literaturze, jak i w życiu. Od trzech lat nauczyciel historii w polskiej szkole Copernicus.