Biografie

Biografie

12 stycznia, 2026 Wyłączono przez Redakcja

 Jedną z charakterystycznych męskich cech jest przypadłość, która nazwijmy na potrzeby felietonu „wszechwiedzą”. Zakładam, że nazwa sama definiuje zjawisko i zapewne też każdy zna ten typ faceta, który wszędzie był i wszystko widział. A w związku z tym na każdy temat ma nienaruszalną opinię, zna się na wszystkim, szczególnie na sporcie, polityce, ekonomii czy medycynie. To skrajny przykład, choć przecież całkiem realny, pozostali z panów posiadają tę cechę w mniejszym lub większym stopniu, ale pewien zakres „wszechwiedzy” obowiązuje każdego mężczyznę. Mnie oczywiście również. I bardzo mi miło, że redakcyjna koleżanka odnosi się do niej z dużym szacunkiem, ocenia ja bardzo wysoko i ma do mej wszechwiedzy mocne zaufanie. Dziękuje Ci z tego miejsca, droga Róża – to doprawdy przyjemność pisać na Twoje polecenie felieton w ramach Trójgłosu o cenie sukcesu, o której mam tak dużą wiedzę, że aż wszech!

Gdybym tylko mógł podać wymierną wartość, którą należy zapłacić losowi za sukces, felieton ten byłby pełniejszy. „Podejdź tutaj, zbłąkany internauto, usiądź wygodnie a ja opowiem ci jak słono kosztuję sukces”. Gdyby takie słowa wypowiedział, powiedzmy – Janusz na emigracji – ciężko byłoby podejść do jego słów poważnie. Prawdopodobnie umieścić można by je na skali prawdy i powagi gdzieś pomiędzy dobrze zrobionym wujasem na weselu, a etykieta na koncernowym piwie obwieszczającą „starodawną recepturę” trunku. Dlatego nie będziemy tu słuchać Janusza, spróbujemy zaczerpnąć z krynicy mądrości w innym miejscu. A, że jestem w wielu sprawach człowiekiem staromodnym poszukamy wiedzy w dość sprawdzonym i przez wieku szanowanym źródle, to jest w książkach.

Nie lubię wyzwań czytelniczych i ogólnie wyzwań wszelakich na siłę. „Wyzwanie 30 dni bez alkoholu/cukru/czegokolwiek innego”. „Wyzwanie codziennych ćwiczeń do wakacji”. „Wyzwanie zrzucenia kilogramów po Nowym Roku”. Tak jakby bez „wyzwania” i nakładania na siebie dodatkowej presji nie dało się czytać książek, odstawić alkohol i cukierki, lub zacząć dbać o zdrowie. Tym niemniej staram się sam dla siebie czytać przynajmniej jedną biografię rocznie. Jest to dla mnie bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż bez tych lektur miałbym naprawdę rozpaczliwe perspektywy do napisania felietonu. A dzięki nim, mogę ostrożnie zadeklarować, że o sukcesie trochę wiem. Z książek co prawda, a nie z doświadczenia, no ale lepszy rydz niż nic. Oczywiście jest to również założenie pełne potencjalnych pułapek, na przykład skąd wiadomo, że biografie opisują ludzi z sukcesami. Pytanie zasadne, choć da się je raczej rozbroić. W końcu niezmiernie rzadko można spotkać się z biografią takiego przeżuwacza chleba powszedniego, który się urodził, przeżył swe młoda lata w radości i smutku, euforii i goryczy, nadziei i zniechęceniu… I tak dalej w różnych proporcjach. A potem wszedł w życie dorosłe przepełnione obowiązkami, mozolnym brnięciem w wyzwania kolejnych dni, problemami właściwymi wieku, w którym nieuchronnie się posuwał. Żona, dzieci, szef, samochód, wakacje, łupanie w kościach, podwyższony cholesterol, coraz większe rozmiary ubrań, coraz skromniejsze plany, podatki, zasadzone drzewo, siwizna, wkurwiający sąsiad, bezsensowna polityka, „kiedyś to było, polej szwagier na drugą nóżkę”, coraz częstsza zadyszka, kim jest ten starszy pan w lustrze, coraz bardziej dojmujący brak sił, nagły atak ostrego bólu w klatce piersiowej, ciemność… Nie, takich biografii nie ma, przynajmniej spisanych i rozchwytywanych w księgarniach. Opisuje się historię ludzi, którzy mocno wyróżnili się na tle tłumu i zostawili po sobie mocny ślad swojej obecności na świecie.

Wczytywanie się w życiorysy ludzi znanych i odnoszących sukcesy może być czynnością inspirującą. Zwykle tak bywa po jednej książce. Po kilkunastu można pokusić się już o wyciągnięcie bardziej ogólnych wniosków, sam doszedłem do co najmniej trzech, które staną się punktem głównym niniejszego felietonu. I choć nikt ich co prawda nie potrzebował, ale Róża zapytała…

Po pierwsze, chyba w każdej historii potrzebny jest pewien rodzaj szczęśliwego przypadku, ważnego momentu, którego nie da się zaplanować czy odpowiednich okoliczności. To czynniki poza zasięgiem ludzkiej woli i determinacji. Wszak nigdy nie dowiemy się, ilu potencjalnych geniuszy na miarę Einsteina czy Mozarta chodziło otulonych w skóry i kryło się przed dzikimi zwierzętami w jaskiniach. Być może biegnący za mamutem myśliwy miał jakieś wewnętrzne poczucie swojego potencjału do zunifikowania praw fizyki, ale cóż… Okoliczności były jakie były. Do opisania choćby Euklidesowych aksjomatów geometrii czy zasad mechaniki klasycznej potrzebny był system społeczny, który pozwalał jednostkom zajmować się czymś innym niż zdobywanie pożywienia. I nawet jeżeli rzeczywiście nasz paleolityczny przyjaciel miewał chwilę zadumy nad tym, dlaczego jabłko spada w dół, a nie odlatuje do góry, to mogły być to rzadkie momenty. „Tak, by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy. A tu pospolitość skrzeczy…” – wyobrażam sobie, że myślał w duchu, wstając spod jabłoni, nawoływany przez jaskiniową Grażynę do ruszenia czterech liter i wyjścia na polowanie. Oczywiście są to dywagację niesprawdzalne i niemożliwe do udowodnienia w jednostkowych przypadkach. Tym niemniej z samego rachunku prawdopodobieństwa możemy założyć, będąc bardzo blisko pewności, że w historii świata były jednostki wybitne i utalentowane, którym los i okoliczności nie pozwoliły na rozwinięcie swojego talentu.

Wczytując się w życiorysy ludzi sukcesu można też dojść do fałszywego wniosku, który jednocześnie zawarty jest w tytule „Trójgłosu”. Otóż „cena sukcesu” sugeruje, że jest pewna wartość czasu, wysiłku, wyrzeczeń czy determinacji, którą należy zapłacić by odnieść sukces. Tak jest z pewnością, natomiast błąd może polegać na założeniu, że jest to pewien pułap, który jest stały. Coś w stylu wydrukowanej ceny na błyskotce. Wystarczy mieć odpowiednią sumę w portfelu i… mamy to. To znaczy mamy rzecz, nie mamy pieniędzy. Analogicznie w odniesieniu sukcesu mielibyśmy ciężko pracować, wcześniej wstawać, więcej o sukcesie myśleć, poświęcać się jeszcze mocniej itd. Tyle tylko, że działa to w przypadku ludzi, których biografię czytamy. Nie czytamy natomiast historii tych, którzy robili to samo, a z jakiś powodów nie weszli na szczyt. Można założyć, że mogli „jeszcze więcej” i brnąć w fałszywy obraz świata, a można też dojść do bardziej prawdziwego wniosku, że za sukces trzeba zapłacić odpowiednią cenę, ale nie ma się żadnej gwarancji, że się go osiągnie. Pięknie wygląda historia tych artystów, którzy postawili wszystko na jedną kartę by wejść na szczyt. O wielu z tych, którzy zrobili to samo, niestety bez powodzenia i skończyli życie w biedzie i zapomnieniu, najzwyczajniej nie wiemy.

Trzeci wniosek jest pokrewny z poprzednim. Ludzie ze szczytów, dotyczy do w szczególności sportu, polityki, czy show-biznesu, mają w sobie gotowość do zapłacenia poważnej ceny. Tu rzeczywiście jest pewien punkt, gdzie można wyraźnie pokazać ich determinację. Przeprowadzono swego czasu badanie wśród sportowców, którym zadano pytanie czy zdecydowaliby się na zażycie środka dającego im złoty medal w igrzyskach olimpijskich, ale który spowodowałby śmieć w perspektywie kilku lat. Proszę pamiętać, że mówimy tu o zawodowych sportowcach, a więc ludziach najczęściej w młodym wieku. Innymi słowy przedstawiono im teoretyczną perspektywę sukcesu w zamian za śmierć około trzydziestki. Zdecydowana większość pytanych w ankiecie zadeklarowała gotowość (znów – teoretyczną) na taki układ. Można podziwiać ten ciąg do zwycięstwa, do bycia na szczycie. I jest to z pewnością cecha wyróżniająca oraz warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Problem jedynie w tym, że chętnych do takiej zapłaty jest wielu, złoty medal jest tylko jeden, a na szczycie jest mało miejsca. Niespełnieni sportowcy to często ludzie z niełatwym życiem, bo poświęcenie się w pełni treningowi odbierało możliwości zdobycia innych umiejętności. W drodze na Mount Everest mija się zamarznięte ciała tych, którym nie udało się ze szczytu zejść, służą jako „drogowskazy”, nie są inspirujące. Wiele dziedzin rozrywki łamie ludziom życiorysy i psychikę. W tym wszystkim najlepiej chyba być niespełnionym pisarzem…


Andrzej Smoleń

Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.