Równość to nie przywilej

Równość to nie przywilej

30 października, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Urodziłam się w latach 90. XX wieku, dorastałam na przełomie milenijnym, nie pamiętam komuny, ale pamiętam szarość końcówki starego tysiąclecia oraz nadzieje wiązane z nadchodzącym nowym stuleciem. W podstawówce i gimnazjum byłam w klasie integracyjnej, co w praktyce oznaczało jednego niepełnosprawnego ucznia na liście obecności, który miał nauczanie indywidualne i po pewnym czasie nawet nauczyciele nie wyczytywali jego nazwiska podczas sprawdzania obecności na lekcjach. Spotykaliśmy się w komplecie tylko na rozpoczęciu roku, klasowej wigilii i na rozdaniu świadectw.

Dzisiaj nikt nie powie o takim uczniu jako o dziecku niepełnosprawnym a o dziecku z niepełnosprawnością. A ja dzisiaj najbardziej się zastanawiam: kto i w jaki sposób wnosił te dzieciaki po schodach, bo wejście do podstawówki miało pięć schodów, a zejście do szatni i wejście na parter szkoły to kolejnych kilkanaście schodów bez podjazdu i windy/podnośnika. Raczkowaliśmy. Od dziecka byliśmy uczeni równości, chociaż tak naprawdę w tym kontekście jaka to była równość? Dziecko cierpiące na mózgowe porażenie dziecięce było zobowiązane do realizowania obowiązku szkolnego, specjalne potrzeby edukacyjne w żaden sposób nie mogły być spełnione podczas zajęć klasowych przy trzydziestce innych dzieci, a domowa edukacja to realizacja jedynie programu nauczania. Brak wyjścia do ludzi, socjalizacji, włączenia tego dziecka do społeczności szkolnej i stania się pełnoprawnym członkiem klasy.

Na szczęście dzisiaj coraz więcej obiektów jest przystosowanych do potrzeb osób z dodatkowymi potrzebami: windy, podnośniki, podjazdy, brak progów, szersze wejścia, w windach oznaczenia pięter w systemie Braille’a. Nie wiem, co jeszcze i czy w ogóle coś jeszcze. I wiem, że to wciąż nie oznacza, że każde miejsce jest dostępne dla każdego, ale wiem też, że wyrównywania szans w kontekście fizycznej dostępności nie nazywa się przywilejem, a równością. Bo celem równości jest, aby do tego samego kina mogła bez przeszkód pójść pełnosprawna Natalia oraz używający wózka Krzysiek. Aby z wizyty u lekarza ginekologa mogła komfortowo skorzystać zdrowa Natalia oraz nie w pełni sprawnie poruszająca się Kasia. Aby dowód osobisty bez żadnych przeszkód mogła wyrobić widząca Natalia oraz mógł wyrobić niewidomy Leszek.

Ten przykład dotyczący niedostępności wobec różnych zdrowotnych, fizycznych przeszkód, z jakimi się zmagamy, jest najczystszym przykładem tego, czym jest, a raczej – czym powinna być – równość. Niestety, nie we wszystkich aspektach i nie wszędzie działa to w ten sam, przejrzysty i klarowny intencjonalnie sposób.

Zacznijmy od parytetów: największa bzdura naszych czasów. W tym roku w Polsce weszła w życie ustawa Women on Boards, dyktowana unijnymi przepisami. Jej celem jest zmniejszenie dysproporcji płciowych między osobami zasiadających w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Docelowo, najmniej licznie reprezentowana grupa płciowa (czyli: kobiety), ma stanowić liczbę jak najbardziej zbliżoną do 33% grupy, o której mowa wyżej.

Oczywiście, na papierze wygląda to pięknie. Główne założenie mówi, że w przypadku dwóch kandydatów na to samo stanowisko, posiadających identyczne kwalifikacje, wybrana ma zostać ta osoba, której płeć nie jest wystarczająco reprezentowana. Czyli jeśli mamy kobietę i mężczyznę, którzy spełniają kryteria do objęcia danego stanowiska na takim samym poziomie, to pracę dostanie kobieta. Nie dlatego, że np. była „dogrywka” i kandydaci musieli rozwiązać dodatkowy problem rekrutacyjny, ale dlatego, że jest kobietą. Na usta mi się ciśnie pytanie: jeśli w tej samej kwalifikacji będzie brało udział dwóch mężczyzn, to co wtedy zadecyduje o wyniku? A jeśli będą dwie kobiety? Zostaną zatrudnione obie?

Tak, ja wiem, że chodzi o zapobieganie dyskryminacji w związku z na przykład istniejącym lub planowanym/możliwym macierzyństwem, ale narzucanie parytetów, które czasami są nierealne do osiągnięcia, po pierwsze budzi pole do nadużyć (strach pracodawcy przed ogromnymi karami i nagięcia, by ten parytet wypełnić), a po drugie – polaryzuje opinię publiczną i buduje poczucie wrogości między mężczyznami i kobietami.

Po przeprowadzce do Irlandii, podczas poszukiwania swojej pierwszej pracy, natknęłam się na kilka ogłoszeń podkreślających, że dana firma jest otwarta na kandydatów o różnym pochodzeniu, tożsamości etnicznej czy też należących do społeczności LGBTQ+. Początkowo byłam zachwycona, prawie utopiłam się w tej radości. Szybko jednak otrzeźwiałam i stwierdziłam, że to nie jest ok. Doświadczyłam wielu sprawiedliwych procesów rekrutacyjnych (jedne przeszłam z powodzeniem, w innych otrzymałam odmowę) i uważam, że to, skąd kto jest, kim się czuje, kogo kocha i w co wierzy w pracy ma najmniejsze znaczenie. Zaczęłam omijać miejsca, w których mogłabym być przysłowiową małpą, ku uciesze zarządu wypełniającego swoje rubryczki w Excelu, a kąskiem jestem całkiem niezłym, jak rzut za trzy punkty: kobieta, emigrantka, lesbijka. No, thank you. Wolę, abym była wybierana na podstawie kwalifikacji i umiejętności a nie tego, co dzieje się po pracy, bo doprawdy żadna z tych wyżej wymienionych cech w żaden sposób nie wpływa na to, w jaki sposób wypełniam powierzone mi obowiązki.

Natomiast pochodzenie i wierzenia religijne stały się pewnym punktem zapalnym na irlandzkim rynku pracy, o którym się podobno mówić nie powinno, bo przecież mamy równość i wolność wyznania. No i oczywiście, że mamy. Mam sąsiadów z Pakistanu, którzy są muzułmanami, mam kumpli Hindusów, którzy są buddystami, w rodzinie mam osoby prawosławne, sama jestem katoliczką, do koloru, do wyboru. Wszystko jest ok, poza jednym: nigdy w życiu nie spotkałam się z tym, aby ktokolwiek z moich znajomych Europejczyków miał dodatkowe przerwy w pracy na odmówienie różańca, a jeśli w pracy obowiązuje system zmianowy, nikogo nie obchodzi, że masz w niedzielę w samo południe mszę świętą. Owszem, główne katolickie święta w większości Europy są dniami ustawowo wolnymi od pracy, bo to jest element naszego dziedzictwa kulturowego, religia chrześcijańska jest jednym z korzeni naszej cywilizacji, czy tego chcemy, czy nie, czy w to wierzymy, czy nie.

Kiedy jedziemy do krajów arabskich na urlop, restrykcyjnie przestrzegamy zasad, które panują w kraju gospodarza: odpowiedni ubiór, spożywanie alkoholu, relacje damsko-męskie. „Bo jesteśmy gośćmi”. Podobnie ma się sprawa, jeśli Europejczyk decyduje się na emigrację do takiego kraju: wtedy jeszcze bardziej się pilnuje.

Tymczasem według irlandzkiej inspekcji pracy (Workplace Relations Commision – WRC) pracodawca może być oskarżony o dyskryminację na tle religijnym, jeśli nie zgodzi się na udzielenie muzułmańskiemu pracownikowi przerw na codzienną modlitwę. W godzinach pracy średnio przypadają dwie takie przerwy, każda po około 15 minut. Zdarza się, że są to DODATKOWE przerwy poza tymi, które mają pozostali pracownicy. W dodatku – przerwy na modlitwę bywają przerwami płatnymi. Znam przypadek, kiedy katolik zapytał, czy zatem on w godzinach pracy może wyjść na niedzielną mszę, która trwa tylko 45 minut. Można zgadnąć, że dostał odmowę.

I tutaj aż chce się krzyczeć: równość nie może być przywilejem! A w powyższej sytuacji niestety asymetria jest widoczna gołym okiem. Jeśli jesteśmy równi, to wszyscy równo powinniśmy mieć zagwarantowane prawo do realizowania POZAZAWODOWYCH spraw w godzinach pracy, przy zachowaniu prawa do wynagrodzenia za ten czas. To nie chodzi o to, że on ma. Problem jest w tym, że on ma, a reszta nie. Niezależnie, czy jesteś w paski, czy w kropki, czy wierzysz w latające spodki czy turlające się kulki. Równość oznacza jedno: równo dla wszystkich.

A na koniec mój ulubiony temat, czyli: bądź sobie z kim chcesz, ale nie obnoś się z tym na prawo i lewo, bo nie interesuje mnie z kim ty śpisz. To powiem tak: RÓWNOŚĆ małżeńska dla par jednopłciowych oznacza tyle, że kobieta i kobieta lub mężczyzna i mężczyzna mają RÓWNE prawa w kwestii zawierania związku małżeńskiego i czerpania z tego korzyści tak, jak kobieta i mężczyzna tworzący związek. RÓWNOŚĆ to oznacza WYRÓWNANIE możliwości. Poprzez RÓWNOŚĆ małżeńską pary jednopłciowe niczego nie odbierają jedynie słusznym i uznanym świętym związkom heteroseksualnym, ale mogą zyskać zabezpieczenie prawne na dziś i na przyszłość, łatwiejsze zarządzanie wspólnym majątkiem, rozliczanie z urzędem skarbowym. A w kwestii obnoszenia się: zanim zobaczysz źdźbło u bliźniego, wyjmij belkę ze swojego oka i nie pokazuj swoich dzieci całemu światu. Bo to przecież one są najlepszym dowodem na twoje aktywne życie seksualne. To kto tu się z czym obnosi? 🙂

Równość to nie jest przywilej. Równo to znaczy, że ja i ona możemy wziąć ślub. Równość to kiedy mój kumpel z Afganistanu może się modlić na dywanie, a ja w tym czasie mogę iść do kościoła. Równość jest wtedy, kiedy rekrutację wygrywa lepszy. Równość jest wtedy, kiedy z emigrantką z Botswany chodzimy do tego samego sklepu i płacimy takie same ceny za takie same produkty. Równość jest wtedy, kiedy do muzeum mogę wejść samodzielnie na nogach, a znajomy z biura obok bez przeszkód używa windy, by wjechać do środka na swoim wózku. Nic mniej, nic więcej. Równo. To znaczy: tyle samo i tak samo dla każdego z nas.


Natalia Sobiecka

Współautorka książki „Trójgłos. Felietony”, współtwórczyni portalu Emigraniada.com, twórczynipodcastu „Rozmowy Zamiejscowe”, korektorka i felietonistka dublińskiego czasopisma „PortretyEmigracji”. Humanistka w klasycznym rozumieniu – człowiek wszechstronnie uzdolniony: wykonadrobne naprawy w domu, zdiagnozuje usterkę w samochodzie, upiecze ciasto, a przy tym nie boi siępędzla i malarskich płócien, maszyna do szycia to jej towarzysz podczas bezsennych nocy, aparatfotograficzny jest nieodzownym elementem każdej podróży. Zakochana w irlandzkim szlaku WildAtlantic Way, pasjonatka i obserwatorka społecznych zjawisk dotyczących życia emigracji.