Kiedy ego pisze książkę

Kiedy ego pisze książkę

26 października, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Biorę książkę do ręki z zamiarem jej przeczytania i mam w stosunku do niej określone oczekiwania. Chcę się czegoś dowiedzieć, coś poznać lub po prostu miło spędzić czas na czytaniu wartkiej i zajmującej historii. Nie oczekuję od każdej książki i jej autora, że zmieni mój sposób widzenia. Pisarz nie musi zmieniać świata każdą książką. Powinien jednak rozumieć, że słowa mają konsekwencje. Ludzie zajmujący się pisarstwem często jako pierwsi nazywają niewygodne prawdy i ostrzegają przed zjawiskami, które dopiero za jakiś czas staną się oczywiste dla społeczeństwa. Autorzy książek odznaczają się ponadprzeciętną wrażliwością i przenikliwością, przez co nie powinni uzurpować sobie prawa do wyższości, ale nakładać na siebie odpowiedzialność za swoje słowa. Dlatego pozwolę sobie zapytać nasze emigracyjne środowisko literackie: od kiedy ważniejsze od treści stało się nazwisko, ważniejsze od uczciwości – rozpoznawalność, a ważniejsze od napisania dobrej książki przekonanie wszystkich, że jest się pisarzem?

Na targach książki i wydarzeniach kulturalnych związanych z literaturą można zobaczyć różne ludzkie zachowania: radość autora, który po raz pierwszy trzyma w rękach własną publikację i wzruszenie czytelnika w czasie spotkania z pisarzem, którego książki towarzyszą na ścieżce jego życia. Ale też coś jeszcze, a mianowicie osoby, które przyjechały nie tylko po to, żeby rozmawiać o literaturze, lecz także po to, aby coś podpatrzeć i zostać zauważonymi. Wystarczy przez chwilę uważniej się rozejrzeć. Ktoś poprawia swoje książki na stoliku i rzeczywiście angażuje się w rozmowy, ktoś tylko zerka i liczy osoby zatrzymujące się przy jego nazwisku, by móc je zaanektować przez jak najdłuższy czas, by opowiadać o sobie. Uśmiechy są szerokie, gratulacje serdeczne, atmosfera pozornie przyjazna. A pod powierzchnią? Czasem zwyczajna ludzka ambicja, czasem zazdrość. A w niektórych przekonanie, że w literackim świecie najważniejsze jest nie to, co się napisało, ale to, jak skutecznie udało się sprzedać własny wizerunek.

Wszelkie wydarzenia związane z książkami są miejscem literatury i nie zamierzam odbierać im tej wartości. Bo gdzie indziej spotkać autorów, porozmawiać o książkach i ich pisaniu? Ale są również targowiskiem próżności. I byłoby naiwnością udawać, że jedno wyklucza drugie. Ambicja sama w sobie nie jest niczym złym. Autor ma prawo marzyć o sukcesie, dobrych recenzjach, wysokiej sprzedaży, spotkaniach z czytelnikami i własnym nazwisku na plakatach informujących o tych spotkaniach. Ma prawo chcieć, żeby jego praca została dostrzeżona. Pisanie bywa zajęciem samotnym, wymagającym i często finansowo niewdzięcznym, dlatego potrzeba uznania nie jest żadnym grzechem. Problem zaczyna się wtedy, gdy ambicja przestaje służyć literaturze, a zaczyna ją zastępować. Nie chodzi mi o pisanie samo w sobie, a zajmowanie się byciem pisarzem/pisarką.

Pierwsza droga wymaga czasu, pracy i pokory wobec czytelników, że tekst może być przyjęty nie tak, jak sobie twórca wyobraża. Druga bywa inna. Wystarczy zadbać o zdjęcia w odpowiednich wnętrzach, regularnie przypominać światu o swojej obecności, umiejętnie opowiadać o własnym talencie, pracy i zbudować wokół siebie aurę osoby, której twórczość koniecznie trzeba poznać, choć nijak nie można znaleźć w świecie internetu choćby jednego tytułu opublikowanej książki. W świecie mediów społecznościowych można dziś przez długi czas pielęgnować wizerunek autora i nikt nie zadaje prostego pytania: a co właściwie napisałeś?

Następne wyjaśnienie – gdyby nie wybrzmiało dostatecznie klarownie: nie mam nic przeciwko promocji. Książka, której nikt nie zobaczy, może przepaść nie dlatego, że jest słaba, ale dlatego, że nie dotarła do swoich czytelników. Współczesny autor musi często być jednocześnie twórcą, rzecznikiem własnej twórczości, specjalistą od mediów społecznościowych i człowiekiem od marketingu. To realia rynku, nie powód do moralnego oburzenia. Jednak jest różnica między promowaniem książki jako takiej i tego, że jest się jej autorem/autorką, a promowaniem samego siebie w taki sposób, że często odbiorca patrzy i nie wierzy, w to co widzi w kolejnych postach w social mediach. Czy to jeszcze jest o książce, czy to już reklama niebieskiej platformy? Zdarza się też, że w mediach społecznościowych ktoś zostaje nazwany pisarzem i tego określenia sam zainteresowany absolutnie nie dementuje. Nazwa profesji zaczyna żyć własnym życiem powtarzana przez organizatorów wydarzeń. W końcu brzmi jak fakt, choć owe osoby nie wydały ani jednej książki, a przynajmniej nigdy nigdzie takowej nie spotkałam. Nie chce absolutnie odbierać nikomu prawa do pisania. Jeśli ktoś pisze, można powiedzieć, że jest osobą piszącą i próbuje coś stworzyć. Jeśli pracuje nad książką, można powiedzieć, że przygotowuje debiut. To uczciwe i wystarczające. Nie trzeba dopisywać sobie osiągnięć, których jeszcze nie ma, sugerując własnego, pokaźnego (bo tak sobie wyobrażamy efekty pracy stojące za pisarzem) dorobku. Gorzej, gdy o owym debiucie słyszę od wieeeelu lat, a książki jak nie było, tak nie ma.

Poważny problem widzę w świecie pisarskim widzę też w momentach, gdy ambicja prowadzi nie do pracy nad własną oryginalną książką, lecz do zawłaszczania cudzej pracy. Są osoby, które czerpią pomysły z innych książek. To, że nie można ich z całą odpowiedzialnością nazwać plagiatem sprawy nie rozwiązuje. Można przecież przejąć charakterystyczne rozwiązania czy różne motywy. Autor czy autorka liczy na to, że czytelnicy nie zauważą podobieństwa i odpowiedni tytuł sam się nie nasunie. Ich marzenia o byciu pisarką sięgają wysoko i daleko, ale wyobraźnia zaczyna szwankować, gdy zaczynają o swojej książce opowiadać promując ją lub zamieszczać stosowne posty w mediach społecznościowych licząc naiwnie na to, że ich czytelnicy czytają tylko i wyłącznie ich książki. Otóż spieszę donieść, że nie. Osoby sięgające po lekturę dość dobrze orientują się w literaturze, nawet gdy nie czytają danego gatunku. Nie da się przejść obojętnie obok tytułów, które zna cały świat. Traktowanie w ten sposób czytelników jest nie tylko niemądre, ale wręcz pozbawione elementarnego szacunku. Czy autor/autorka naprawdę myśli, że wszyscy czytelnicy to durnie i nikt nie połączy faktów?

Winna jestem kolejne sprostowanie – nie mówię o inspiracjach czy swoistych dialogach z literaturą. To jej integralna część. Żaden autor nie tworzy w próżni i może się okazać, jeżeli bardzo się uprzemy, że każdy motyw był już kiedyś użyty, każdy dialog wykorzystany i każda scena pomiędzy bohaterami ma swoje odzwierciedlenie w literaturze. Wszak liczba emocji, uczuć i zachowań pozostaje niezmienna. Istnieje jednak zasadnicza różnica między inspiracją a przywłaszczeniem. Między twórczym przetworzeniem, a przejęciem cudzego pomysłu i przedstawieniem go jako własnego. Między cechami danego gatunku literackiego a próbą zatarcia śladów prowadzących do innego autora poprzez użycie synonimów czy miejsc w mieszkaniu, gdzie toczy się akcja powieści. Nie wolno traktować czytelników jak ludzi, którym można podsunąć cudzą ideę w nowym opakowaniu i liczyć, że nie zorientują się, co trzymają w rękach. Nawet, jeżeli czytelnicy na co dzień nie pamiętają każdej przeczytanej książki, to rozpoznają w kolejnej czytanej powieści pomysły, rytmy czy sposób prowadzenia narracji i przypomną sobie, że gdzieś to już było. Co znamienne, takie osoby autorskie sięgają zwykle po dzieła znane szerokiemu gronu czytelników. Naprawdę, uważają ludzi za idiotów?

Najbardziej uderza mnie w tym wszystkim nie sama chęć sukcesu, lecz właśnie to lekceważenie potencjalnego czytelnika. A spróbowaliby wytknąć takiemu autorowi czy autorce zawłaszczenie! Od razu posypie się znany schemat i dobór słów: zazdrościsz sukcesu, hejtujesz, zajmij się swoim życiem, musi ci się bardzo w życiu nudzić, skoro oglądasz mój profil w mediach społecznościowych, nie podoba się – nie czytaj. To szczególny rodzaj pychy. I bardzo ryzykowny dla autora, bo czytelnik może wybaczyć książce niedoskonałość, ale nie wybaczy tego, że ktoś próbuje zrobić z niego głupca. A czy to nie o czytelnika tutaj najbardziej chodzi? Czy to nie o niego rozgrywa się ta cała gra? Literatura nie jest tortem, który ma ograniczoną liczbę dokładek. Czytelnik, który pokocha jedną książkę, nie traci zdolności do pokochania następnej. Dla tego typu autorów książka staje się przedmiotem lansu – jakby powiedziała młodzież. Treść jest sprawą drugo- a nawet trzeciorzędną. Najważniejsze jest nazwisko na okładce. Ważniejsze od treści są zaproszenia na wydarzenia i to, żeby nazwisko znalazło się na plakacie. Sam przyjazd zawsze można przecież odwołać w ostatniej chwili. Ale co nazwisko w przestrzeni literackiej przez kilka miesięcy pohula, to pohula. Wrażenie „bycia wszędzie” zostanie osiągnięte. I tak książki, które miały być obrazem naszych czasów, dowodem naszych doświadczeń i społecznych przemian, stały się rekwizytami, na tle których wystarczy błyszczeć i dzięki którym można zaistnieć. A czasami nawet i bez nich.

Dobrze widać to w naszym małym środowisku emigracyjnym, gdzie wszyscy niemal wszystkich znają, a granica między życiem prywatnym, działalnością społeczną z organizacjami wydarzeń, na których literatura jest obecna, bywa bardzo cienka. Autorzy piszą po pracy, między obowiązkami rodzinnymi i pracą, która niewiele zostawia miejsce na twórczość. Często sami finansują publikacje, organizują spotkania i szukają czytelników dla polskiej literatury tworzonej poza krajem. W takich warunkach wzajemne wsparcie jest wskazane. Można pogratulować komuś debiutu, nie udając, że książka jest arcydziełem. Można polecić czytelnikowi twórcę, którego się ceni, bez pomniejszania innych autorów. Dobrze by było móc powiedzieć „nie podoba mi się”. Namawiam także do odróżniania solidarności środowiskowej od zmowy milczenia nad działaniami, których celem nie jest „dla twórców”, a „przeciwko innym twórcom”. Wspólnota powinna umieć nazwać rzeczy po imieniu. Zakłamywanie, niemówienie o tym, co nie wyszło lub co trzeba koniecznie następnym razem poprawić nie świadczy o życzliwości, a raczej o nieuczciwości względem siebie i innych.

Nie wszystko, co związane z pisarstwem i pisarzami musi być od razu wybitne, prestiżowe, olśniewające i niesamowite. To praca jak każda inna i nie przypisujmy jej wyjątkowości i mesjanizmu. Przelewanie słów na papier to proces i to normalne, że pisarz próbuje, poszukuje, myli się i stara się wypracować własny styl. Nazywajmy rzeczy po imieniu i przywróćmy pisaniu jako taką chociaż rzetelność i uczciwość wobec własnych możliwości, innych twórców i co najważniejsze – czytelników. Nie trzeba być wielkim pisarzem, żeby zachowywać się przyzwoicie. I nie wystarczy nazwać siebie pisarzem, żeby stać się nim w oczach wszystkich.

Nie zamierzam też udawać, że autor powinien żyć wyłącznie dla sztuki, gardzić pieniędzmi i zadowalać się samą możliwością pisania. Ta romantyczna wizja, która chociaż brzmi pięknie i wielu autorów nabrało się na nią (w tym i ja) wmawiana jest społeczeństwu. Wierzy w nią wielu, dopóki nie trzeba zapłacić rachunków za druk, wynajem stoiska, podróż czy hotel. Autor ma prawo zarabiać na swojej pracy. Wydawca ma prawo liczyć koszty. Organizator ma prawo szukać publiczności. Rynek nie jest z natury zły. To czysta ekonomia. Trzeba mieć, żeby wydać, pomińmy w tym miejscu litościwym milczeniem karty kredytowe. Twórczość pisarską trzeba móc też gdzieś fizycznie pokazać. I tu pojawia się kolejny niesmak, bo organizatorzy wydarzeń kierują się w doborze uczestników – no właśnie nie wiem czym, ale często nie ich dorobkiem czy jakością pracy.

Niepokoi mnie środowisko, w którym łatwiej jest zbudować wizerunek autora, niż uczciwie przepracować własny tekst. Gdzie cudzy pomysł można uznać za inspirację, w którym pozwala się innym przypisywać sobie dorobek, którego się nie ma, bo sprostowanie mogłoby naruszyć starannie pielęgnowany obraz. Niepokoi mnie również zmowa uprzejmości: wszyscy widzą, ale nikt nie mówi, bo przecież spotkamy się na kolejnych targach, będziemy siedzieć przy sąsiednich stolikach, wymieniać uśmiechy i komentować wspólne zdjęcia. Tak powstaje środowisko, w którym pozory uczciwości bywają ważniejsze niż sama uczciwość.

Znam to środowisko na tyle, by wiedzieć, że za serdecznymi uściskami, wspólnymi zdjęciami i publicznymi gratulacjami kryją się czasem emocje, o których nie mówi się głośno. W niewielkich środowiskach wszyscy wiedzą więcej niż mówią. Tylko, że to zaczyna przypominać dobrze wyreżyserowane przedstawienie tych, którym się wydaje, że inni nie widzą, nie słyszą i nie mówią. A to nieprawda, co staram się udowodnić niniejszym tekstem.

Nie piszę tego po to, by kogokolwiek osądzać ani odbierać komuś prawa do marzeń. Piszę, bo literatura zasługuje na coś więcej niż nieustanne przedstawienie własnej osoby. Zasługuje na uczciwość wobec czytelnika, szacunek dla cudzej pracy i odwagę, by przyznać, że nie wszystko, co robimy, jest wybitne, nie każdy tytuł czy określenie, który nam przypisano, odpowiada temu, co rzeczywiście osiągnęliśmy. Rozróżnijmy dojrzałość twórczą od potrzeby udowadniania wszystkim dookoła, że już się odniosło sukces.

Literatura nie potrzebuje świętych. Potrzebuje ludzi uczciwych. A jeśli ktoś bardziej niż na napisaniu dobrej książki skupia się na przekonaniu wszystkich, że jest wielkim autorem, być może powinien na chwilę wyjść z bańki samouwielbienia, wyłączyć telefon i wrócić do pracy. Bo ostatecznie nie nazwisko na banerze, nie liczba polubień i nie cudzy zachwyt rozstrzygają o wartości książki. Rozstrzyga tekst. I tego nie da się bez końca zagadać.


Róża Wigeland

Miłośniczka sztuki współczesnej, twórczyni asamblaży i kolaży, pisarka, felietonistka i wydawczyni. Autorka książek non-fiction. Jej priorytetem jest po prostu dobre życie. Obywatelka Europy, mieszkająca obecnie w Anglii nad Morzem Północnym.

https://rozawigeland.com/