Życie seksualne dzikich w internetowych grupach

Życie seksualne dzikich w internetowych grupach

5 lipca, 2021 Wyłączono przez Redakcja

Tytuł niniejszego felietonu zainspirowany został tytułem pozycji o wiele bardziej poważniejszej, książki polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego, wydanej w XX-leciu międzywojennym, pod pełnym tytułem: „Życie seksualne dzikich północno-zachodniej Melanezji”. Treść książki wychodzi jednak poza sam tytuł, opisanych w niej zostało szereg zwyczajów, obrzędów i zachowań badanych plemion. Można powiedzieć, że zatytułowanie jej w taki sposób to chwyt marketingowy, dziś powiedzielibyśmy nawet, że to clickbait, tak jak tytuł czytanego właśnie przez państwa felietonu. Proszę się jednak zbytnio na mnie nie złościć, mam nadzieję, że dalsze akapity mnie usprawiedliwią, gdyż ja też zamierzam zabrać czytelników na małą wycieczkę do dzikich plemion, tyle tylko, że podróż ta będzie na wskroś wirtualna. Każdego, kto nie zraził się wstępem, zapraszam!

         Najłatwiejszym sposobem na to, by dziś zobaczyć życie „dzikich” jest poszperanie w ofertach biur podróży. W wielu krajach istnieją turystyczne wioski, gdzie pokazuje się „prawdziwe” życie tubylców i rytuały szamańskie, można zrobić zdjęcia z mieszkańcami i oczywiście, co najważniejsze, kupić ręcznie wykonane pamiątki i magnesiki na lodówkę. Ma to swój urok, ale jest to urok puszczonego oka w reklamie piwa „bezalkoholowego”. Przedzieranie się przez busz i poszukiwanie plemion żyjących prawdziwie w oddaleniu od cywilizacji jest z kolei niebezpieczne, czasochłonne i raczej niewykonalne z persektywy człowieka żyjącego na północnej półkuli, przyzwyczajonego do wygód jakie zapewnia nowoczesna technika i gospodarka. Nic straconego jednak, ta sama technika pozwoli nam badać zwyczaje dzikich ludzi nie ruszając się z wygodnego fotela, ale potrzebne będzie samozaparcie i zrozumienie czemu tak naprawdę się przyglądamy.

         Za nasz mały, ale inny świat, posłuży nam pewien portal społecznościowy. Dla każdego pewnie oczywiste, że mowa tutaj, oczywiście, o Facebooku. Facebook „jest jak koń, każdy widzi”, ma swoje wady i zalety. Jedną z wad, jak każdego innego, podobnego portalu, jest kreowanie nierealnej rzeczywistości, co w połączeniu z jego skalą może wywoływać zły nastrój i niezadowolenie. Na przykład osobie z kilkuset osobowym gronem znajomych może wydawać się, że u innych nieustannie trwają wakacje, ponieważ przy tak duzej liczbie istnieje duże prawdopodobieństwo, że każdego tygodnia ktoś zaprezentuje zdjęcia z plaży lub zamelduję się w modnym miejscu. Dodatkowo na takiej tablicy przewijać się będą świętowane sukcesy, pięknie wyglądające jedzenie, koncerty, śliczne i grzeczne dzieci, i tak dalej… Kiedy kawa pita na szybko przed pracą nie przypomina tej ze zdjęć robionych w kawiarniach, szarość dnia codziennego staje się jeszcze bardziej szara, a i rutyna badziej monotonna. Mnie ten problem jednak nie dotyczy. Nie dlatego, że jestem nad wyraz odporny, lub dlatego, że moi znajomi są nieszczęśliwi. Powód jest bardzo prozaiczny: przez działalność, którą kiedyś tutaj opiszę, zarejestrowany jestem w wielu grupach na Facebooku dla Polonii na wyspach i moja tablica tonie wręcz w spamie z tych grup, przez co pięknym zdjęciom i ważnym rzeczom trudniej się jest na niej przebić. To, oczywiście irytujące zjawisko, wykorzystam jednak w szczytnym celu, a mianowicie do opisu współczesnych dzikich z owych grup, które staną się erzacem całych plemion.

         Jeżeli ktoś poczuł się urażony takim porównaniem, wyjaśniam: dzicy, tak jak i u Malinowskiego, to nie określenie pejoratywne. Tak jak dla starożytnego Rzymianina barbarzyńca nie oznaczał kogoś, kto się nie mył, nie czytał, nie znał łaciny, czy pijał piwo zamiast wina (choć wszystko powyższe to oczywiście atrybuty barbarzyństwa), ale osobę spoza kręgu kulturowego, lub może nawet lepiej: cywilizacyjnego. Zniszczenie Rzymu przez barbarzyńców mogło udać się przecież tylko w wypadku zorganizowania się w armię i posiadania celu, nawet jeżeli tym celem była chęć grabieży i podboju. Obraz zdyscyplinowanej armii, pełnej pewnych siebie jednostek, to opis łagodniejszy, niż wizja tępego germanina, żyjącego w lesie poza granicami imperium, logiki i piękna. W tym kontekście dziki, w tekście niniejszymi, odpowiada osobie, która ociera się, a czasami wychodzi poza granice cywilizacji, rozumianej jako nasza kultura, a nie tylko  zdobycze techniki.

         Warto czasami podumać jak bardzo daleko w głąb historii sięgają siły, które kierują, nawet niezauważenie, naszymi życiami. Oprócz wspomnianego Rzymu dochodzą wpływy greckie, chrześcijańskie, lata europejskiej, nowożytnej filozofii i wiele innych. Przejawiać się to może nawet w języku. Dziś przecież zwycięzcę konkursu nazywamy laureatem, od wieńców laurowych, które Grecy nakładali zdobywcom… laurów, czyli mówić krótko: wygranym. Jeżeli dla kogoś ten przykład jest zbyt oderwany od rzeczywistości, to nadmienię tylko, że również słowo libacja ma swoje źródło w starożytnej Grecji, choć oznaczało coś innego, niż dziś wśród nas. Dodatkowo wcale nie trzeba czytać Platona w oryginale, by czuć na własnej skórze te związki z przeszłością. Mój pradziadek, żyjący na zapadłej, galicyjskiej wsi, sądzony za pobicie sąsiada sztachetą, miał prawo do obrony w sądzie, a wyrok wydany został w skodyfikowanych widełkach. Sztywne ramy władzy sądowniczej to również rezultat zasad wypracowanych przez tysiąclecia, dzięki czemu kara nie była zależna od widzimisię lokalnego kacyka.

         Cóż z tym wszystkim wspólnego mają dzicy z grup Facebookowych? – zapyta ktoś przytomnie. Otóż mają to – odpowie felietonista – że nowe dla człowieka formy komunikacji, oraz powszechność do nich dostępu powodują zjawisko, gdzie następuje odwrót od norm i zachowań przypisanych do człowieka cywilizowanego, czy kulturalnego. A skoro następuje (świadomy, czy nie – to już inny temat) regres, to ktoś tak złośliwy jak autor, może doszukiwać się analogii do dzikich plemion, co prowadzi nas wreszcie do przykładów takich zachowań.

         Zjawiskiem powszechnym w owych grupach jest upublicznienie wymienianych prywatnie wiadomości. Często dla obrony swoich racji, często również, by zaprezentować wszystkim do jakiego stopnia schamiałe są pewne osoby. Czy jest to już łamanie tajemnicy korespondencji? Ze względu na kompletnie nową i szybka formę komunikacji sprawa nie jest chyba aż tak jednoznaczna, choć osobiście uważam, że wiadomość prywatna z samej już nazwy jest sprawą poufną, a nie materiałem do robienia screenów i publikawania ich na publicznym forum. Jeżeli kogoś ten argument nie przekonuje, to umiem to zrozumieć, ale podam też przykład inny, bardziej widowiskowy. W jednej z grup pewien facet ogłosił, że szuka swojego byłego współlokatora, do którego przyszedł list. Ów osobnik list otworzył (!), jak sam napisał, „z ciekawości” (!), a na koniec ogłoszenia zamieścił zdjęcie z jego fragmentem! Ręce, nawet położone na klawiaturze, opadają…

         Wymiana dóbr, chęć zysku i rozwoju to czynniki popychające do efektywnego rozwoju od małych społeczności do bardziej zorganizowanych i silniejszych. Ta chyba naturalna skłonność każdego człowieka jest bardzo wyraźna również w naszych plemionach. Bardzo szanuję każdą inicjatywę przedsiębiorczości wśród Polonii, uważam wręcz, że jest o wiele bardziej potrzebna niż tańce ludowe i koszulki oznajmiające, że właściciel jest obrońcą europy. Niestety na placu naszej plemiennej agory trafiają się osobniki podłe, próbujące wzbogacić się na oszustwie. Czasami jest to niemal jawne, gdy ktoś szuka jeleni ogłaszając, że ma pół miliona euro, które chce przeznaczyć na pożyczki, czasami mniej dostrzegalne, gdy ktoś chce uczyć handlu kluczami do gier. Często jednak sprawa przedstawia się w różnych odcieniach szarości. Pan, który chce sprzedawać amerykańskie (najlepsze, wiadomo) jagody, których jedzenie, wg jego relacji, podniósło go na duchu po porażkach na emigracji, dodało masę pozytywnej energii i uwolniło potencjał do tego, że ów Pan dziś na ładnym zdjęciu, w ładnym garniturze wygląda jak kwiat ludzkiego stworzenia, pewnie i miał te jagody na sprzedaż. Czy miały takie działanie, jak opisywał? Ja się o tym nie przekonałem i raczej nie przekonam, bo o ile dobrze pamiętam, Pan od jagód przerzucił się na działalność już jednoznacznie uczciwą, która nie prowokuje do niepotrzebnych pytań, jak to, czy gumisie wiedzą, że ich sekret jest dostępny do kupienia wśród Polonii w Anglii.

         Zaznaczę jeszcze raz, że szanuję każdą uczciwa działalność i nie mam nic przeciwko ogłoszeniom, ale mam dość chłodny stosunek do ludzi, którzy wciskają współplemieńcom szklane paciorki w postaci gumijagód, czy „zamienników”, które kiedyś nazywano miej ładnie, bo podróbkami. Osobną kategorią tygrysów europy są osoby szukające wspólników do swoich teamów, czy struktur, obiecujące zyski większe niż Wokulski w Lalce. Nie znam się na nowoczesnym, internetowym marketingu i sieciach sprzedaży, ale zapadła mi w pamięci sytuacja, gdy włączyłem z ciekawości prezentację wyjaśniającą szczegóły tej działalności. Trafiłem na moment, gdy ktoś zarzucił prowadzącemu, że reprezentuje piramidę finansową. „Piramida finansowa?” – żachnął się Pan prowadzący – „A co wy myślicie, że ZUS to nie jest piramida finansowa? Oczywiście, że jest!” Tyle mi wystarczyło.

„Powiedz mi – zapytał Staś – co to jest zły uczynek?

-Jeżeli ktoś Kalemu zabrać krowy – odpowiedział po krótkim namyśle – to jest zły uczynek.

-Doskonale! – zawołał Staś.  – A dobry?

Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:

-Dobry, jak Kali zabrać komu krowy.”

         Nie byłoby Jankiela bez cymbalów, nie byłoby szanującego się plemienia bez tajemniczych zjawisk i ich akolitów. Nowoczesne plemiona mogą mieć postawionego tarota bez wchodzenia do chatki wiedźmy, współczesna wiedźma zrobi to przez internet, a co jakiś czas, za darmoszkę, wyjaśni całemu plemieniu znaczenie karty przeznaczonej na dany dzień. Szamani też wydają się posiadać większą moc. Widziałem „ulotkę” Pana, który oprócz przedstawiania się jako „lekarz homeopata”, bioenergoterapeuta i posiadania kilku innych, podobnych tytułów, na koniec uderzył najmocniejszym: mag w 17-stym pokoleniu. I ja tu nie żartuje, bo gdybym zmyślał to dodałbym, że nie tylko w 17-stym, ale i w amerykanskim pokoleniu! Osobiście najbardziej mnie w tym wszystkim przeraża to, że jest niewielka, ale jednak istnieje możliwość, że ktoś korzysta z usług tego Pana.

         W niektórych plemionach cyklicznie występuje zjawisko atmosferyczno-społeczne, o urokliwej nazwie gówno-burzy. Wywoływane jest ono przez zaklęcie, zwykle proste, odwołujące się do „grzejących” tematów jak: polityka w Polsce, system zasiłków w Wielkiej Brytanii, czy emigranci, ale oczywiście nie tacy jak my, tylko ci gorsi. Jeżeli ktoś nie wie jak wygląda gówno-burza, proszę sobie wyobrazić wioskę w buszu. Całe plemię zbiera się na centralnym placu, wódz złorzeczy wrogom, kobiety i małe dzieci płaczą, wojownicy z groźnymi minami mamrotają groźby, starcy z dezaprobatą kręcą głowami na znak, że za ich czasów tego nie było. Do tego krowy muczą, psy szczekają, kury gdaczą, koty to nie obchodzi. Proszę to teraz przenieść w świat internetu i dodać sobie, że duża część komunikacji w gówno-burzy to pismo obrazkowe, w postaci gifów, lub śmiesznych zdjęć. Mógłbym być złośliwy i napisać, że to odwrót od alfabetu do bardziej prymitywnej formy pisma, ale…kto wie? Może wkrótce powstanie poezja, traktaty filozoficznej i święte księgi magów w 17-stych pokoleniach „spisane” gifami.

         Kilka dekad temu uczeni badali pismo klinowe starożytnych Sumerów. Przez lata próbowano rozszyfrować teksty na glinianych tabliczkach i rozmyślano, co też było tak ważnego, co ludzie pierwszych cywilizacji zdecydowali się uwiecznić. Jakież to było zdziwienie, gdy okazało się, że są to najzwyczajniej w świecie rachunki, pierwsze paragony. Zastanawiam się, czy za kilka tysięcy lat, potomni rozszyfrowując gliniane tabliczki naszych twardych dysków, widząc zarchiwizowane fragmenty Facebooka, zdziwią się widząc jak mało „starożytnym” wystarczyło, by wyzywać się od chujów.

         Kilka dobrych lat temu pracowałem w Polce w firmie, która zajmowała się projektowaniem i produkcją specjalistycznych maszyn. Pewnego dnia na youtube pojawił się film z nazwą firmy, a na filmie bez słowa komentarza, zaprezentowana była maszyna, która warkotała, dymiła, dudniła, słowem: robiła wszystko, z wyjątkiem tego, do czego była przeznaczona. Wisienką na torcie był moment, gdy operator „zmusił” maszynę do poprawnej pracy łopatą. Oczywiście, jak chyba każdy się domyśla, sprzęt ten nie był produkcji naszej firmy. Świnia podłożona zapewne przez konkurencję, przez jakiś czas straszyła potencjalnych klientów, którzy trafiali na ten film szukając informacji w sieci. Ta historyjka zawsze przypomina mi się, gdy widzę zwołane zebranie plemienne, na którym „przestrzega się” przed danym biznesem. Wymiotujące dziecko po zjedzeniu szynki, czy zepsuty samochód po wizycie u mechanika to sprawy jak najbardziej poważne, ale ja jednak zawsze zostawiam sobie pewny margines nieufności, zwłaszcza że przestrzeganie się przybiera czasami karykaturalne formy. Widziałem raz ostrzeżenie przed Panem, który źle wyprał dywan, a dosłownie minutę później pojawiło się ostrzeżenie przed ostrzegającą Panią, jako klientką. Co ważne, oba ostrzeżenia były wyraźnie zredagowane, z jednej strony nawet z takim wyczuciem i prowadzeniem narracji, jakby piszący od lat zaczytywał się w Fakcie. Do tego zdjęcia, każda wersja pod innym kątem, potwierdzająca daną wersję i wzajemne oskarżenia. Jak się okazało Pani chciała zwrot pieniędzy za, jej zdaniem, źle wykonaną usługę, Pan odmówił, więc wytoczone zostało najcięższe działo: szantaż opisem na Facebooku. Szantaż się nie udał, Pan przygotował obronę i wystrzelił co miał dosłownie sekundy po ataku w jego stronę. Doktryna zmasowanego odwetu na Facebooku… Zdaję sobie sprawę, że do nie do końca poważne z mojej strony kpić z tej sytuacji, bo w końcu jakaś strona była tu pokrzywdzona. Pani, która chciała mieć czysty dywan, lub Pan, który został niesłusznie obsobaczony. Mam nadzieję jednak, że jest to mniej niepoważne, niż opisane wyżej załatwianie  nieporozumień przez dwie dorosłe osoby.

         Kontynuując wątek ostrzeżeń, oskarżeń i niepoważnych zachowań na forum plemiennym dochodzimy do ostatniego przykładu, zamykającego klamrą felieton.  Jeżeli ktoś czekał na nawiązanie do tytułu, to…doczekał się. Pewna Pani zamieściła w grupie ostrzeżenie. Nie było to jednak ostrzeżenie zwykłe, bo Pani ostrzegała przed Panem „oszustem matrymonialnym”, który obiecał małżeństwo, a później złamał jej serce. Ktoś kto poznał już trochę zwyczaje dzikich, domyśla się co nastąpiło jakiś czas później. Pan bronił się tą samą drogą, przedstawiając swoją wersję wydarzeń w której to on był pokrzywdzony. W jego opisie nie był oszustem matrymonialnym, a nieszczęśliwie zakochanym, który był wykorzystywany przez Panią, bo ciężko pracując zarabiał na spłatę długów Pani. Tyle wyłuskałem z pobieżnego przeczytania kilku pierwszych zdań obu wpisów. Nie potrafiłem włazić dalej z butami komuś w życie, nawet jeżeli było to wystawione na widok publiczny, bez żadnego zażenowania. Co działo się w komentarzach, mogę tylko się domyślać. Nie wiem po czyjej stronie stanęło plemię, ile padło głupich żartów i rad, ile wyzwisk, ile sprostowań. Tak na dobrą sprawę to kolejna sytuacja, gdzie nie do końca w porządku jest robić sobie żarty, czy komentować. Uznajmy więc może, że w tym miejscu padnie ostatnia kropka felietonu.

ADS