Ekonomia sukcesu

Ekonomia sukcesu

26 września, 2026 Wyłączono przez Redakcja

 Od ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce minęło już wiele miesięcy. Emocje opadły, rozgrzane głowy się schłodziły, życie trwa dalej. W związku z tym mam wielką nadzieję, że nawiązanie przykładami do samej kampanii wyborczej pozostanie, zgodnie z założeniem, ciekawostką i ilustracją zagadnienia. Nie jest to deklaracja polityczna, proszę potraktować przykłady jako zarys szerszego problemu, nie skupiać się na nich, a bardziej na całym mechanizmie, który doprowadził do opisanych skutków.

                Pojęcie patriotyzmu gospodarczego opisuje taki sposób działania na rynku, gdzie konsument wspiera produkty lokalne. Patriotyzm w tym wydaniu nie jest tu jedynie wzniosłą ideą, ale ma na celu skutki bardzo praktyczne, po prostu lokalni przedsiębiorcy zarabiają więcej, firmy zapewniają pracę, pieniądze krążą dalej w miejscowej gospodarce. Jest to prawidłowość bardzo oczekiwana społecznie i coraz szerzej rozumiana. W tym świetle zupełnie nie dziwi fakt, że do patriotyzmu gospodarczego odwołał się jeden z kandydatów na prezydenta RP Rafał Trzaskowski, pokazując podczas przemówienia wafelek Price Polo, który jako marka jest dziś własnością firmy amerykańskiej, co posłużyło do pokazania świetnej współpracy gospodarczej Polski i Stanów. Wafelki… Podczas innego przemówienia kandydat kreślił obraz hitów eksportowych pokazując słoik ogórków kiszonych. Oczywiście był to pretekst idealny dla opozycji i wywołał reakcję, ale politycy z drugiej strony barykady wcale nie odpowiedzieli, żeby Trzaskowski się tymi ogórkami udławił, pokazując zaawansowane polskie produkty w kontrze do kiszonek. Zarzucili oni jedynie „niemieckość” ogórków, co znów rozbija się o właścicieli marki. Ale też polityk stojący z boku dipolu, dogmatycznie nastawiony na sprawy gospodarcze, nie potrafił (lub nie chciał) wyciągnąć z tej wymiany odpowiedniego wniosku, gdyż Sławomir Mentzen podjął grę, lecz powiedział jedynie, że dumny jest z toruńskich wafli teatralnych… W kampanii nawiązywano jeszcze do gęsiny i czekolady. Więcej przykładów nie zarejestrowałem, ale w zasadzie cóż szkodziłoby dodać kiełbasę, miód, żur, śmietanę, salceson, pasztetową, draże korsarze, szprotki w pomidorach, kabanosy, groch z kapustą. Czas płynie nieubłaganie przez wieki, a pewne rzeczy pozostają niestety niezmienne. Będąc niedawno na Łotwie oglądałem na miejskim targu szeregi pięknych stoisk z całymi ławicami ryb, z kawiorem, wędlinami, woskiem, miodem, bursztynem. Zjadłem tam chłodnik z buraków, nie wiedzieć czemu nazywany tam „łotewskim”, i dumałem nad talerzem o tych książkach historycznych, które podkreślały bogactwa tej pięknej ziemi leżącej między Bałtykiem a Pontem. Przez całe wieki obszar europy wschodniej postrzegany był jako rezerwuar surowców i płodów rolnych. Pszenica sprzedawana z polskich folwarków na Amsterdamskiej giełdzie via Gdańsk. Drewno z północnej Polski na budowę brytyjskich okrętów. Futra z północnej Rosji. I wiele innych przez całe stulecia. I zamiast dążyć za wszelką cenę do zmiany tej sytuacji kandydaci na urząd prezydenta są dumni z wafli i ogórów kiszonych.

                Jak już wspomniałem, strona przeciwna Rafałowi Trzaskowskiemu dostała piękny prezent przyniesiony na tacy. Oczywiście nie mogła go wykorzystać w pełni, bo cóż mogła opowiedzieć? Innym rodzajem spożywki, którą tak lubimy się chwalić, że można odnieść wrażenie, że składamy się jeno z pierogów i kiełbasy? Sztab Karola Nawrockiego nie mógł przecież zdeklarować, że powinniśmy być dumny z naszych wspaniałych technologii czy zaawansowanych maszyn, bo w tych dziedzinach nie jesteśmy światowym liderem. I mając tak dobry materiał do zakpienia z przeciwnika politycznego, obecny prezydent, czując zapewne groteskę, nie miał odpowiedniej amunicji w postaci przykładu rodzimego sukcesu technologicznego. Sięgnął po – omen nomen – inny rodzaj broni, mówiąc, że dobrym przykładem współpracy z Amerykanami są czołgi Abrams czy wyrzutnie rakietowe Himars. Brzmi to niemal tak, jakbyśmy wspólnie z amerykańskimi inżynierami rozwijali te systemy broni. Rzeczywistość jest tak, że my je jedynie kupujemy i nazwać to współpracą wymaga pewnej dozy kreatywności. Jeżeli przyjąć taką definicję to nie będę państwa kuł w oczy nazwami firm czy marek z którymi zdarzyło mi się w życiu współpracować. Nadmienię tylko dla przykładu, że ostatnio współpracowałem z brytyjską siecią handlową ASDA, w której kupiłem polski twaróg, czego niezamierzonym efektem ubocznym mogło być wzrastające poczucie domy polskich polityków.

                Na mój przykład „współpracy” można oczywiście odpowiedzieć, że amerykanie mogli odmówić sprzedaży uzbrojenia, a ASDA raczej nie stawia wygórowanych warunków swoim klientom, co zaświadczy każdy, kto w niej raz na jakiś czas bywa. Tak czy siak, sprawa opiera się o współpracę zakończoną tym, że jedna strona wykłada pieniądze, a druga je kasuje. Jest to zresztą szeroki front różnego rodzaju polskich współprac, bo przecież okręty podwodne budują nam Szwedzi, korwety Brytyjczycy, artylerię Koreańczycy z południa. I nie rozchodzi się tu jedynie o prestiż i dumę z bycia producentem sprzętu wojskowego. Chodzi o zwyczajny rachunek, bo gdy zechcemy zamieniać masło na armaty, okaże się, że balans nie jest wyrównany. W gospodarce marża, czyli narzut producenta na gotowy produkt, nie rozkłada się równomiernie na każdy produkt. Można się zżymać, że współczesna żywność to niejednokrotnie trujące ścierwo, ale wprowadzenie masowej produkcji do rolnictwa po pierwsze po daje w ogóle możliwość wyżywić wielkie rzesze ludzi, a po drugie sprawia, że jest to produkt przemysłowy. Zdarzają się w historii okresy, gdy bochenek chleba jest dosłownie bezcenny i zamienia się go na czyste złoto, ale w naszych warunkach żywność jest wprost marnowana, co wynika z jej nadprodukcji. W związku z czym producenci konkurują ze sobą najczęściej ceną, obniżając zarówno jakość, gramaturę jak i swój narzut. Ale by być konkurencyjnym producent pszenicy czy konserwy z psa zmielonego razem z budą potrzebuję nowoczesnych maszyn i technologii, która pozwoli mu wytwarzać je na masową skalę. Współczesny chłop nie zaprzęga do pługa konia, wołu, czy – jeżeli przez wieś przetoczyło się kilka armii i zaraza – małżonki. Potrzebuje nowoczesnego sprzętu wartego miliony, na który zaciąga kredyty. A ten zaawansowany technologicznie sprzęt, czy w przypadku fabryk linie produkcyjne, sprowadzane są zza granicy. I ponieważ budowa ciągnika rolniczego wymaga wiedzy, kultury technicznej, surowców, wielkich nakładów itp. marża na niego jest nieporównywalnie większa niż na tonie pszenicy. I nie jest to prawidłowość przypisana tylko do rolnictwa. Są takie branże na całym świecie, które ciągną wprost całe gospodarki i pozwalają zarabiać pieniądze dzięki technologii. Energetyka, zbrojenia, przemysł kosmiczny, motoryzacja, automatyka, robotyzacja. To tylko kilka przykładów, by naświetlić temat. Na przeciwnym biegunie znajdują się wydobycie surowców czy rolnictwo. Są to branże bardzo potrzebne, tym niemniej kraje w pełni rolnicze czy opierające się na sprzedaży tego co wydobędą z ziemi opierają swój dobrobyt na tylko jednym filarze. Z tego powodu wielkie i poważne państwa szukają dziś swojego konia pociągowego, chcą zostać liderem na najbliższe dekady w tych technologiach, które zdominują światową gospodarkę. Sztuczna inteligencja, energetyka oparta na źródłach innych niż surowce kopalne, motoryzacja w wersji elektrycznej, kosmos. To są współcześnie te branże, które przez wielu postrzegane są jak w przeszłości silnik parowy, kolej, Internet czy energetyka jądrowa. Branże, które realnie przyczyniają się nie tylko do wzrostu cyferek w rocznikach statycznych, ale mogą przynieść wzrost zamożności społeczeństwa, oraz dać szansę na wykorzystanie rodzimych talentów.

                Z perspektywy czasu i doświadczeń pokolenia można pokusić się o kolejną ocenę polskiej transformacji ustrojowej. Obok wielu szeroko opisanych skutków gospodarczo-społecznych, społeczeństwo wniosło wartość zdecydowanie niedocenioną. Były to rzesze ludzi młodych, wykształconych z ambicją i chęcią do pracy. Zawód taki jak inżynier wymagał dużego nakładu sił i chyba jeszcze do niedawna wzbudzał pewien rodzaj szacunku. Wejście zachodniego kapitału i przemysłu miało zadanie o tyle ułatwione, że czekali tu ludzie, którzy doskonale potrafili odnaleźć się w nowych warunkach, dodając do rachunku ogólną kulturę i wiedzę inżynierską. Pomijając pojedyncze przykłady zakłady te zajmują się tylko określonymi, często relatywnie prostymi etapami produkcji. Pamiętam doskonale, gdy przed laty na targach w Holandii przedstawiciel jednej z polskich agencji chwalił się przede mną ilością polskich producentów jachtów.

                _- Gdzie są więc te firmy? Gdzie są stoiska? Naszych naliczyłem cztery, a niemieckich, francuskich czy włoskich firm są całe pawilony. – zapytałem

                – Ależ proszę Pana! To przecież targi technologiczne, a nie wystawa producentów! – padła odpowiedź, która jest dobrą ilustracją mojej myśli. Złożenie gotowego produktu, nawet tak skomplikowanego i wymagającego nie jest tym samym co na przykład zaprojektowanie nowego modelu silnika. Pomimo wypychania szerokich działów czy wręcz całych linii produkcyjnych poza granicę, poważne państwa zostawiają sobie działy R&D u siebie, traktując je jak dobrze strzeżoną perłę w koronie, oraz widząc potencjał największych marż właśnie na polu wdrażania nowych technologii, a nie z dokręcania poręczy do pokładu. To podejście, o które ciężko w zasadzie mieć pretensję do budujących w Polsce zakłady produkcyjne, dobrze zagrało z kadrami, które czekały nad Wisłą. Etos pracy wraz z techniczną wiedzą połączył się bardzo sprawnie z organizacją pracy zachodnich firm. Pozwoliło to na narodzenie się nowej klasy średniej, która doskonale odnalazła się na stanowiskach inżynierów utrzymania ruchu, kierowników produkcji, managerów sprzedaży, audytorów itd. Aż tyle i tylko tyle. Wracając do przykładów zbrojeń ogromna część pieniędzy wychodzi poza granicę kraju. Zakładam, że Janusz Kowalski pracujący w fabryce montującej wihajstry nie ma większych oporów, by jego podatki wzmacniały potencjał obronny kraju. Zakładam równocześnie, że wolałby taki scenariusz, gdzie to polskie technologie i fabryki są odpowiedzialne za produkcję zaawansowanego technicznie sprzętu, gdzie na przykład jego syn może świetnie zarabiać jako konstruktor. A rzeczywistość póki co jest taka, że nazwiskiem króla Sobieskiego czy kompozytora Chopina nazywamy wódkę, a nie przełomowe produkty rodzimej myśli technicznej.

                Nie jest też tak, że społeczeństwo nie dostrzega tego problemu czy nie ma większych ambicji. To właśnie szerszy, oddolny ruch wyborców wszystkich partii pozwolił nie zablokować takiego projektu jak lotnisko na skalę kraju liczącego czterdzieści milionów mieszkańców. Powszechna jest zgoda co do konieczności zbudowania elektrowni jądrowej. Ludzie, którzy wchodzili na rynek pracy już w czasach otwartych kontaktów ze światem zachodnim nie mają kompleksów jakie miały jeszcze poprzednie pokolenia, bo porównały swą wartość na tle niemal mitycznego, lepszego świata. Pamiętam jeszcze z czasów studenckich, gdy Kraków „uczył się” brytyjskich turystów. Później wielu z moich rówieśników doskonale odnalazło się w strukturach zachodnich firm czy też we współpracy z nimi. Ciekawym skutkiem, który pojawił się w kilka lat później jest coraz mniejszy brak reakcji i kompleksów na do niedawna jeszcze magiczne „co na zachodzie powiedzą”, lub „tam i tam to nie ma prawa mieć miejsca”. Mam mocne wrażenie, że echa tych stwierdzeń rezonują jedynie wciąż jeszcze w głowach klasy politycznej. Na społeczeństwo, które odrobiło swoją pracę domową to już nie działa. I tak samo się ma w tych dziedzinach, gdzie polscy specjaliści konfrontowali swoje umiejętności z zagranicznymi kolegami.

                Można by przyjąć taki punkt widzenia, w którym Polacy nadają się jedynie do kiszenia ogórków, zbierania szparagów u niemieckiego rolnika, czy – to już dla bardziej utalentowanych jednostek – poganiania swoich pobratymców przy linii produkcyjnej. Założyć, że jak pisał noblista Miłosz „Polacy są rasą niezdolną do jakiejkolwiek twórczości, polityki, handlu, przemysłu, religii, filozofii, mogą tylko uprawiać rolę i logikę matematyczną […]”. Tyle, że kłóci się to z obserwacją rzeczywistości, bo raz za razem polskie nazwisko pojawia się w doniesieniach o przełomowych wynalazkach czy okdryciach, niestety jako członek zespołu pracując gdzieś za granicą. Ten potencjał jest, tyle że nie skanalizowany i wykorzystany. Umiałbym zrozumieć argument, że zmiana obecnego stanu rzeczy jest niemożliwa z danych powodów. Doskonale zdaje sobię sprawę, że nie na rękę nikomu w otoczeniu państwo silne siłą swoich dokonań i technologii. Ale nawet jeżeli utknęliśmy w takim miejscu, gdzie ponad nami tylko szklany sufit, to raczej nie jest to powód do nadmiernej dumy, a raczej ewentualnej zadumy, czy rzeczywiście jest to nasze ostatnie słowo w historii. Dlatego eskponowanie podczas wieców wyborczych słodyczy czy kiszonek jako przykładów naszych sukcesów, lub ewentualnie podnoszenie do rangi dokonań wielkich zakupów z zewnątrz nie wywołuje u mnie poczucia splendoru. Wręcz przeciwnie, czułem się przez polityków obrażany.


Andrzej Smoleń

Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.