Wrzesień, czyli gdzieś pomiędzy
25 września, 2026Ciągle jeszcze rezonuje we mnie sierpniowa londyńska wystawa Jarosława Soleckiego „Impoderabilia” i powtarza się w mojej głowie słowo – pomiędzy.
Tak się czuję – dokładnie pomiędzy. Pomiędzy sprawną i zdrową dojrzałością a starością, bo ciało upomina się o swoje, chociaż umysł z całych sił broni się przed pamiętaniem, ile ciało ma lat. Pomiędzy dwoma krajami: w jednym już prawie nie pamiętam, jak się żyło, w drugim nie do końca się nauczyłam. O niektórych rytuałach dnia muszę zapomnieć (znowu zdrowie!), innych jeszcze nie odkryłam i nie wytrenowałam. Technologie rozwijają się w takim tempie, że zanim je dobrze opanuję, już muszę uczyć się nowych i ciągle jestem gdzieś pomiędzy – trochę nadążam, ale trochę nie. Nawet wrzesień 2026 roku nie może się zdecydować, czy chce być jeszcze latem, czy już jesienią – codziennie inna temperatura i nie wiadomo, ubierać kurtkę, czy nie?
Wrzesień w Anglii zaczyna się najczęściej od deszczu. Innego niż w lecie. Nie tego gwałtownego, który spada na ziemię z hukiem, po kilkunastu minutach ustępuje i wystarczy przeczekać w mieście gdzieś pod daszkiem. Zaczyna się od drobnego, uporczywego deszczu, który potrafi towarzyszyć człowiekowi przez pół dnia. Za małego, by otwierać parasol, ale na tyle intensywnego, by po kilku minutach mieć mokre ubranie. Roślinność jest jeszcze zielona, a trawa na pobliskim stadionie do krykieta odżyła po dość suchym lecie. Wystarczy jednak, że spojrzę na ulicę. Dzieci znów biegną rano w szkolnych mundurkach, samochody ruszają rano spod domów o ściśle określonych godzinach, a domy, które przez kilka tygodni żyły trochę wolniej, odzyskują swój codzienny rytm: budziki zaczęły rano dzwonić a kalendarze zapełniać się.
Angielski wrzesień ma dla mnie zapach mokrego ogródka, wilgotnych kurtek i butów. Ma szkolne mundurki, chłodne poranki i inna logistykę dnia. A jednak pod tym angielskim wrześniem wciąż noszę swój polski. Ten, który pamiętam z dzieciństwa i młodości. Z kasztanami, zapachem jabłek i brązowymi palcami od zielonych łupin orzechów włoskich. Z nowymi zeszytami, białą bluzką i drogą do szkoły z rosnącymi przy niej robiniami akacjowymi. Polski wrzesień miał w sobie coś więcej niż tylko powrót do szkoły. Uroczysty apel zaczynał od minuty ciszy w hołdzie ofiar II wojny światowej i hymnu narodowego.
Trochę tęsknię za tym polskim 1 września, bo nadawał pewien rytm i porządek. Przywracał znajomą rutynę w ciągu tygodnia i było wiadomo, co robić i jak układać się z czasem. Dzisiaj już nie mam tak łatwo. Nie dostaję nowego początku wraz z pierwszym dzwonkiem budzika w poniedziałek ani pierwszym dniem stycznia. Najczęściej nawet nie zauważam momentu, w którym coś naprawdę się zaczyna. Bywa, że jest to zwyczajny czwartek albo wtorek któregoś miesiąca. Albo postanowienie powzięte podczas drogi do pracy i niezgoda na coś, co już za długo przeszkadza. Czasami początkiem jest po prostu świadomość, że czegoś już nie chcę robić tak jak dotąd. I wrzesień nadaje się do tych zmian idealnie, bo ma w sobie atmosferę małego Nowego Roku, ale nie wymaga od nas wielkich deklaracji. Nie każe spisywać postanowień i obiecywać sobie, że od jutra będziemy lepsi, zdrowsi, bardziej zdyscyplinowani i oczywiście szczęśliwsi. Możemy być pomiędzy swoimi deklaracjami a ich wykonaniem. Daje nam czas na przemyślenie i przyzwyczajenie się do tych myśli.
We wrześniu jest to coś, co kończy, ale i zaczyna. Gdzieś pomiędzy. Pomiędzy decyzją a jej konsekwencjami, pomiędzy pożegnaniem a nowym początkiem, pomiędzy tym, kim byliśmy, a tym, kim dopiero się stajemy. Emigrant zna ten stan szczególnie dobrze. Życie na emigracji jest przecież ciągłym funkcjonowaniem pomiędzy miejscami. Można mieć dom tutaj i dom w pamięci. Można żyć po angielsku, a śnić po polsku. Można znać lepiej drogi i ścieżki tu, gdzie się mieszka niż pamiętać nazwy ulic tam, gdzie się spędziło kilkadziesiąt lat, a mimo to na widok kasztanów w parku nagle znaleźć się z powrotem w miejscu, które od lat istnieje już tylko w zakamarkach pamięci. Pamięć jest zresztą dziwnym mechanizmem. Potrafi pojawić się w najmniej odpowiednim momencie. Czasem wystarczy zapach jabłek w kuchni lub ostre światło rażące w oczy zamiast tego miękkiego i ciepłego z nocnej lampki. Innym razem wystarczy chłodny poranek, żeby przypomnieć sobie drogę do szkoły, pierwsze liście pod nogami i ten dziwny rodzaj ekscytacji, który towarzyszył każdemu rozpoczęciu roku szkolnego. Czy można mieć więcej niż jedno miejsce, do którego należy serce? A może człowiek po prostu przez całe życie buduje dom z kawałków różnych miejsc, ludzi, języków i wspomnień? Łapię się na tym, że niby wiem, kim jestem, ale jednak nie wiem. Staram się spojrzeć wstecz i zastanowić się, co właściwie wydarzyło się przez ostatnie miesiące, ale też spojrzeć przed siebie i sprawdzić, czego jeszcze chcę.
Jestem pomiędzy.

Róża Wigeland
Miłośniczka sztuki współczesnej, twórczyni asamblaży i kolaży, pisarka, felietonistka i wydawczyni. Autorka książek non-fiction. Jej priorytetem jest po prostu dobre życie. Obywatelka Europy, mieszkająca obecnie w Anglii nad Morzem Północnym.

