Natalia pisze: Językowy dylemat emigranta

Natalia pisze: Językowy dylemat emigranta

18 września, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Zacznijmy może od tego, że za moich czasów polska szkoła terroryzowała uczniów podczas nauki języka, szczególnie angielskiego. Piszę to z doświadczenia kilkunastu lat nauki: dziewięciu lat niemieckiego oraz dwunastu lat angielskiego. Przy czym po opuszczeniu systemu edukacji lepiej posługiwałam się językiem niemieckim i nie pamiętam strachu przed używaniem go w życiu codziennym, a angielskiego bałam się wypowiadać na głos. Bo wszyscy nauczyciele, od gimnazjum, przez liceum i studia grzmieli (tu cytat): ANGLIK CIĘ NIE ZROZUMIE, JAK BĘDZIESZ TAK MÓWIĆ!

Po skończeniu studiów, przez dwa lata przed wyjazdem, uczęszczałam na prywatne lekcje angielskiego i wciąż mi się w głowie tłukły słowa pani profesor z liceum wypowiedziane pod moim adresem: Natalia, mam nadzieję, że ty nigdy nie wyjedziesz za granicę, bo zginiesz. Nie mogłam się skupić i pojąć wszystkich tych niemych liter w wyrazach, tego że warzywa to nie wegestół, a wymowa dwuznaku th była taką akrobacją językową, że wychodziły niezwykłe potwory językowe.

A jednak znalazłam się w Irlandii i chociaż początki były bardzo trudne, bo uwierzyłam w historie o tym, że Polacy nauczyli się angielskiego w dwa tygodnie, a irlandzki akcent okazał się zupełnie inny od amerykańskiego, do jakiego przywykłam… – nie zginęłam. Wręcz przeciwnie. Ale stanęłam przed niemałym dylematem, o którym jeszcze wtedy nie wiedziałam, tak samo jak nie wiedziałam, że wyjazd na stałe z Polski wiąże się z budowaniem własnej tożsamości od nowa. Ale od początku.

Social media okazały się całkiem ciekawym narzędziem do budowania więzi z nowymi znajomymi z pracy. Wtedy też zaczęłam publikować wpisy w dwóch językach: po polsku i po angielsku. Była to na pewno dobra lekcja, bo nie używałam translatora i pewnie kaleczyłam angielski, ale pisałam jak umiałam, a odbiór jakiś był, nawet całkiem niezły.

Jednocześnie z Polski zaczęły docierać do mnie głosy krytyki, że chyba mi odwaliło, że teraz nagle się zrobiłam taka irlandzka i dlaczego ja w ogóle piszę po angielsku, skoro jestem w Irlandii dopiero miesiąc, dwa, pięć… Zrobiło mi się głupio i chociaż zawsze szanowałam język polski i nie jestem z tych przerysowanych, którzy zapominają ojczystego języka po pół roku życia w obcym kraju, właśnie tak pomyślałam po tych uwagach: że może faktycznie się zagolopowałam?

Nie obroniłam siebie, że w ten sposób buduję most między światami, staram się nawiązać znajomości, zwiększyć grono znajomych w nowym kraju, ale też szlifuję umiejętność posługiwania się nowym językiem. Odpuściłam, przestałam publikować po angielsku. Ledwo nawiązane więzi z anglojęzycznymi osobami zerwały się, bo chociaż kliknięcie w opcję „przetłumacz” nie wymaga większego wysiłku, te relacje nie były na tyle głębokie, aby komukolwiek zależało na tym, by przeczytać, co jakaś Polka ma do powiedzenia. Z tamtych czasów została mi jedna osoba, która zawsze czyta, co mam do powiedzenia, pisze prywatnie, jeśli funkcja tłumaczenia automatycznego nie zadziała oraz dopytuje, jeśli tłumacz wyrzuci jakiś bezsensowny zlepek słów. Thank you B., you know.

A teraz, z perspektywy tych siedmiu lat i różnych doświadczeń mogę opowiedzieć, jak wygląda integracja językowa w nowym kraju i z jakimi dylematami czasami zmagają się co ambitniejsze jednostki. Jedna najważniejsza zasada: to zależy. Jeśli mieszkasz w polskim domu i pracujesz w środowisku, gdzie możesz porozumiewać się po polsku, najczęściej angielskiego nie potrzebujesz wcale i to nie jest przesada. Przypadki emigrantów żyjących w Irlandii od dwudziestu lat i nieposługujących się językiem angielskim nie są odosobnione.

Dla odmiany, ja od samego początku, poza krótkim epizodem pracy w polskim sklepie, zawsze pracowałam w środowisku, gdzie nie mogłabym funkcjonować bez porozumiewania się w języku angielskim. To rzucenie się na głęboką wodę miało swój koszt psychiczny, ale także bezcenną nagrodę: niezależność. Nie muszę prosić nikogo o pójście ze mną do urzędu, o wypełnienie rozliczenia podatkowego, pomoc u lekarza, wezwanie lawety do uszkodzonego auta… Codzienność.

Z drugiej strony, pracując w bardzo wąskiej branży technicznej, której nie znałam w Polsce, poznałam terminy specjalistyczne w języku angielskim i bardzo trudno mi opowiadać o mojej pracy po polsku. Mylą mi się słowa, nie potrafię właściwie dobrać polskich odpowiedników, bo czuję, jakby nie oddawały w pełni istoty problemu. Czuję czasami, że mówię, jakbym była pijana i wiem, że budzi to uśmieszek i drwinę. Zapomniałam języka.

To nieprawda, nie zapomniałam przecież polskiego. Nadal nim myślę, piszę, czytam. Ba, zajmuję się także redakcją i korektą tekstów. A jednak wystarczy, że ktoś zapyta mnie o coś związanego z moją pracą albo rzeczywistością na emigracji, i nagle polskie słowa chowają się gdzieś głęboko w zakamarkach mózgu. W ich miejsce pojawiają się angielskie. Czasami wiem dokładnie, co chcę powiedzieć, ale nie potrafię znaleźć odpowiednika po polsku.

To chyba jedna z tych rzeczy, których trudno doświadczyć, jeśli całe życie funkcjonuje się w jednym języku. Człowiek nie tyle zapomina ojczystego języka, ile zaczyna mieć w głowie dwa osobne słowniki, a każdy z nich przypisany jest do trochę innego świata. Taką teorię też potwierdza doświadczenie wielu osób korzystających z różnych form psychoterapeutycznych. Mogą oni posługiwać się biegle językiem obcym, ale emocje zakodowane są w języku ojczystym i właśnie terapii w tym języku poszukują i dotyczy to nie tylko Polaków.

I moje doświadczenie też może być potwierdzeniem tej teorii. O wspomnieniach z dzieciństwa, o dorosłym etapie przed emigracją, o wydarzeniach, których doświadczyłam w Polsce bez problemu opowiadam czystą polszczyzną. Problem się pojawia, kiedy mam przedstawić na przykład swój tydzień z życia w Irlandii. Wtedy może i pojechałam na maszynę, ale już na site były problemy i klient złożył complaint i musiałam wymienić dwie coilsy, żeby wszystko było w porządku. Poza tym ostatnie dwa tygodnie były tak busy, że modliłam się, aby ten urlop nadszedł jak najszybciej.

I chyba właśnie tutaj kryje się mój największy językowy paradoks, z którego płyną obecne dylematy. Kiedyś bałam się mówić po angielsku, bo byłam przekonana, że zrobię błąd i ktoś mnie nie zrozumie. Dzisiaj nie mam tego dylematu, bo nauczyłam się, że jeśli ktoś chce, to zrozumie, a jak nie chce to i tak zrozumie po swojemu. Czasami jednak boję się, że próbując opowiedzieć po polsku o części swojego życia, zabrzmię jak ten mityczny emigrant, który po dwóch miesiącach w Niemczech, przyjeżdżając do Polski zamawiał piwo słowami: zwei Bier, bitte!

Może więc emigracja nie polega na tym, że jeden język zastępuje drugi? Może nie trzeba wybierać? Może oba zaczynają się po prostu zmieniać. Angielski przestaje być obcym językiem, a polski przestaje być językiem wszystkiego. Pojawiają się słowa, których używamy tylko w jednym kraju, żarty, które działają wyłącznie w jednym języku, i całe fragmenty życia, które przeżyliśmy w jednym języku i trudno przetłumaczyć je dokładnie na ten drugi?

Przyjmując takie założenie może się okazać, że po pewnym czasie największym językowym wyzwaniem emigranta wcale nie musi być nauczenie się nowego języka. Czasami trudniejsze jest nauczenie się życia pomiędzy dwoma i pogodzenie się z tym, że być może idealnie już nie będzie w żadnym z nich.


Natalia Sobiecka

Współautorka książki „Trójgłos. Felietony”, współtwórczyni portalu Emigraniada.com, twórczynipodcastu „Rozmowy Zamiejscowe”, korektorka i felietonistka dublińskiego czasopisma „PortretyEmigracji”. Humanistka w klasycznym rozumieniu – człowiek wszechstronnie uzdolniony: wykonadrobne naprawy w domu, zdiagnozuje usterkę w samochodzie, upiecze ciasto, a przy tym nie boi siępędzla i malarskich płócien, maszyna do szycia to jej towarzysz podczas bezsennych nocy, aparatfotograficzny jest nieodzownym elementem każdej podróży. Zakochana w irlandzkim szlaku WildAtlantic Way, pasjonatka i obserwatorka społecznych zjawisk dotyczących życia emigracji.