Empatia to kompetencja przyszłości. Czy uczymy jej nasze dzieci?

Empatia to kompetencja przyszłości. Czy uczymy jej nasze dzieci?

7 września, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Jestem milenialsem i dorastałam w domu, w którym edukacja była czymś bardzo ważnym. Od dziecka wiedziałam, że mam się dobrze uczyć, zdobyć wykształcenie, znaleźć dobry zawód i być samodzielna. Zwłaszcza jako kobieta. Nikt nie musiał mi nawet specjalnie tego powtarzać. To przekonanie po prostu było obecne w naszym domu. Dobra szkoła, studia, praca, kariera. Jedno miało naturalnie prowadzić do drugiego. Brzmi znajomo? A ja bardzo szybko nauczyłam się, że skoro coś robię, powinnam robić to dobrze. Najlepiej bardzo dobrze. Tyle że moje pierwsze szkolne doświadczenia zupełnie nie zapowiadały, że właśnie tak potoczy się moja historia.

Moje początki edukacyjne nie zapowiadały szczególnie spektakularnej kariery. Ze względu na problemy zdrowotne i zagrożenie całkowitą utratą słuchu byłam jedną z najgorszych uczennic w klasie. Dobrze radziłam sobie właściwie tylko z matematyką, bo liczenie nie wymagało ode mnie słuchania ani ciągłej komunikacji z nauczycielem.

Droga do odkrycia, że prawdziwą przyczyną moich problemów w szkole był słuch, wcale nie była prosta. Przez długi czas nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co naprawdę się dzieje. Nauczyciele, a początkowo nawet moi rodzice, myśleli, że po prostu taka jestem – trochę nieśmiała, trochę zamyślona, wiecznie gdzieś w swoim świecie. Taka mała marzycielka, która nie zawsze słucha, co się do niej mówi. Tyle że ja czasami naprawdę nie słyszałam.

Problemem okazał się przerośnięty migdał, który stopniowo wpływał na mój słuch. Lekarka przez długi czas uspokajała, że migdał się wchłonie i trzeba po prostu poczekać. Na szczęście moja mama nie odpuściła. Obserwowała mnie, szukała odpowiedzi i drążyła temat, bo czuła, że za moim zachowaniem kryje się coś więcej. Dzisiaj wiem, że gdyby nie jej uważność i determinacja, konsekwencje mogły być znacznie poważniejsze, łącznie z utratą słuchu.

Kiedy wreszcie przyszła właściwa diagnoza, leczenie i operacja, wydarzyło się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Wystrzeliłam jak rakieta. Z dziewczynki, która miała problemy w szkole i sprawiała wrażenie wiecznie nieobecnej, nagle stałam się prymuską. I oczywiście, jak to ja, samo „dobrze” szybko przestało mi wystarczać. Chciałam czerwonego paska, chciałam być wśród najlepszych uczniów w szkole. Najpierw w podstawówce, później w liceum. I rzeczywiście mi się to udało.

Później przyszły studia i pierwszy poważniejszy konflikt pomiędzy tym, czego chciałam, a tym, co, jak mi się wtedy wydawało, powinnam zrobić. Byłam osobą kreatywną. Chciałam malować. Fascynował mnie teatr. Ciągnęło mnie do świata sztuki. Jednocześnie w głowie bardzo głośno słyszałam głos rodziców: trzeba wybrać zawód, który daje bezpieczeństwo, dobrą pracę i możliwość zrobienia kariery. Zdawałam więc na różne kierunki, od psychologii przez prawo po ekonomię, aż ostatecznie wylądowałam na zarządzaniu. Przekonałam samą siebie, że przecież reklama i marketing też są pewnego rodzaju sztuką, tylko bardziej praktyczną.

Dzisiaj trochę mnie bawi, jak mocno zakorzenione było wtedy przekonanie, że podejmując ważne decyzje, należy wyłączyć serce i słuchać przede wszystkim rozumu.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Studia utwierdziły mnie w przekonaniu, jak bardzo potrzebuję kreatywności, ale jednocześnie pokazały mi coś, czego wcześniej o sobie nie wiedziałam. Lubiłam organizować. Lubiłam pracować z ludźmi. Miałam naturalną łatwość negocjowania, zarządzania projektami i zespołami. Kolejne stypendia, wyjazdy, praktyki i pierwsze doświadczenia zawodowe stały się więc naturalnym ciągiem dalszym.

Pęd edukacyjno-zawodowy nabierał tempa. Jeszcze podczas studiów miałam za sobą kilka praktyk, dzięki czemu szybko dostałam pierwszą płatną ofertę pracy. A potem, mówiąc kolokwialnie, poszło jak z bicza strzelił. Wspinałam się po kolejnych szczeblach kariery, ale ciągle było mi mało. Czasami z tej drabiny spadałam, kilka razy porządnie się potłukłam, a po drodze zdążyłam się również wypalić.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie po to, żeby pochwalić się karierą, która części osób mogłaby wyglądać imponująco. Paradoksalnie, sama przez wiele lat wcale jej tak nie postrzegałam. Zawsze wydawało mi się, że robię za mało, mogę więcej, powinnam być dalej. Najważniejszą lekcją tej drogi okazało się jednak coś zupełnie innego niż kolejne stanowiska, projekty czy wpisy w CV: empatia.

Przez lata nie postrzegałam empatii jako kompetencji. Była raczej czymś, co po prostu miałam, choć długo nawet nie potrafiłam tego nazwać. Od zawsze bardzo mocno wyczuwałam emocje innych ludzi, przejmowałam się tym, co czują, analizowałam ich zachowania i próbowałam zrozumieć, dlaczego reagują w określony sposób. Tyle że zamiast widzieć w tym swoją mocną stronę, często zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem po prostu nadwrażliwa, zbyt emocjonalna, zbyt uczuciowa. Może za bardzo wszystkim się przejmuję? Może powinnam mieć grubszą skórę?

Przez długi czas bardziej chciałam być jak inni, niż zastanawiałam się nad tym, co właśnie ta moja odmienność może mi dać. Szczególnie w biznesie, gdzie przez lata słyszałam, że dobry lider powinien być twardy, racjonalny i odporny. Trzeba umieć oddzielać emocje od pracy, podejmować trudne decyzje i nie brać wszystkiego do siebie. Empatia nie kojarzyła mi się więc z przewagą. Wręcz przeciwnie: czasami zastanawiałam się, czy nie przeszkadza mi w byciu dobrym liderem.

Dopiero dużo później zrozumiałam, że problem nie polegał na tym, że czułam za dużo. Problem polegał na tym, że przez lata nie wiedziałam, jak ogromną wartość może mieć umiejętność czucia i rozumienia innych ludzi.

Dopiero z czasem zaczęłam rozumieć, że empatia nie oznacza podejmowania decyzji pod wpływem emocji. Oznacza umiejętność ich rozumienia. Swoich i cudzych. Pozwala zauważyć napięcie w zespole, zanim przerodzi się w konflikt. Zrozumieć, dlaczego ktoś reaguje w określony sposób. Rozmawiać z człowiekiem, a nie tylko z jego stanowiskiem zapisanym na wizytówce. I przede wszystkim budować relacje oparte na zaufaniu, a nie wyłącznie na hierarchii.

Po pandemii zaczęliśmy znacznie częściej mówić o empatycznym przywództwie. Zabawne, bo nagle świat biznesu stworzył nazwę dla czegoś, co część z nas robiła od lat, choć czasem sama uważała to za swoją słabość. Dzisiaj, w świecie coraz bardziej zdominowanym przez technologię i sztuczną inteligencję, umiejętności takie jak empatia, komunikacja czy krytyczne myślenie mogą paradoksalnie stawać się jeszcze ważniejsze. Maszyna może szybciej przeanalizować dane, stworzyć prezentację, napisać tekst czy zaproponować rozwiązanie. Ale czy potrafi naprawdę zrozumieć drugiego człowieka?

I tutaj dochodzę do pytania, które od pewnego czasu coraz bardziej mnie nurtuje: skoro empatia i myślenie będą tak ważne w przyszłości, to kiedy właściwie zaczynamy ich uczyć? Na studiach? W pierwszej pracy? Na szkoleniu dla menedżerów? Moim zdaniem znacznie wcześniej. Być może od jednej książki przeczytanej wspólnie z dzieckiem.

Kiedy zaczęłam prowadzić warsztaty dla dzieci, spojrzałam na wiele rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Praca z dorosłymi przez lata nauczyła mnie bardzo dużo o komunikacji, zarządzaniu i relacjach, ale dzieci pokazały mi coś jeszcze. One nie rodzą się niechętne do świata, wręcz przeciwnie. Są ciekawe, zadają pytania, obserwują, próbują zrozumieć, dlaczego coś się wydarzyło. Naturalnie interesują się drugim człowiekiem.

Co więc dzieje się później? Odpowiedź nie jest oczywiście prosta i byłoby niesprawiedliwe zrzucić odpowiedzialność wyłącznie na rodziców, szkołę czy technologię. Mam jednak wrażenie, że jako dorośli czasami nieświadomie odbieramy dzieciom przestrzeń potrzebną do rozwijania tych kompetencji.

Kochamy je tak bardzo, że chcemy usunąć z ich drogi każdą przeszkodę. Nie chcemy, żeby było im smutno. Nie chcemy, żeby przegrały. Nie chcemy, żeby ktoś powiedział im „nie”. Nie chcemy, żeby się rozczarowały, pobrudziły, przewróciły czy zraniły. Budujemy więc wokół nich miękką, różową bańkę, w której wszystko powinno być bezpieczne i przyjemne. Tylko co dzieje się wtedy, kiedy ta bańka pęka? Bo przecież prędzej czy później pęknie.

Świat nie zawsze będzie mówił „tak”. Nie każdy będzie nas lubił. Nie każdą pracę dostaniemy. Nie każdy związek się uda. Czasami przegramy. Czasami ktoś nas zrani. Czasami sami popełnimy błąd i będziemy musieli ponieść jego konsekwencje. Czy rozczarowanie, ból, porażka, a nawet zwykłe pobrudzenie się naprawdę są czymś, przed czym powinniśmy chronić dzieci za wszelką cenę? Przecież zawsze były naturalną częścią życia. Dlaczego nagle uznaliśmy, że powinny z niego zniknąć?

Jest jeszcze druga strona medalu. Czas. Żyjemy szybko. Pracujemy. Odbieramy telefony. Odpowiadamy na wiadomości. Sprawdzamy media społecznościowe. Jesteśmy fizycznie obok siebie, a jednocześnie każdy patrzy w swój ekran. Łatwiej czasem kupić kolejną zabawkę niż znaleźć godzinę na spokojną rozmowę. Łatwiej włączyć dziecku bajkę niż przeczytać z nim książkę.

I nie piszę tego z pozycji osoby, która chce pouczać rodziców. Nie jestem od tego. Patrzę jednak na dzieci podczas warsztatów i widzę, jak bardzo potrzebują rozmowy. Jak chętnie odpowiadają na pytania. Jak szybko angażują się w historię, kiedy pozwoli im się zastanowić, co czuje bohater, dlaczego zrobił coś złego, czy mógł zachować się inaczej i co one zrobiłyby na jego miejscu.

Właśnie dlatego zwykłe czytanie książki może być czymś znacznie większym niż ćwiczeniem języka czy sposobem na wieczorne wyciszenie. Historia daje dziecku bezpieczną przestrzeń do przeżywania cudzych emocji. Pozwala na chwilę wejść w czyjeś buty. Zobaczyć świat oczami bohatera, który się boi, tęskni, złości, popełnia błąd albo zostaje odrzucony. A kiedy po przeczytaniu historii zapytamy: „Jak myślisz, co on czuł?”, zaczynamy ćwiczyć coś, czego nie da się nauczyć z definicji zapisanej w podręczniku – empatię.

Podobnie jest z krytycznym myśleniem. Nie wystarczy powiedzieć dziecku, co jest dobre, a co złe. Znacznie ciekawiej zapytać: „Dlaczego tak uważasz?”, „Co mogłoby się wydarzyć, gdyby bohater zrobił inaczej?”, „Czy ktoś, kto zrobił coś złego, zawsze jest złym człowiekiem?”.

Spójrzmy chociażby na hejt. Po jednej stronie mamy dziecko, które krzywdzi, po drugiej dziecko, które staje się ofiarą. Bardzo łatwo podzielić ten świat na dobrych i złych. Tylko czy naprawdę jest to takie proste? Przecież oboje kiedyś byli małymi, ciekawymi świata dziećmi. Co wydarzyło się po drodze? Dlaczego jedno nauczyło się zadawać ból, a drugie być może nie nauczyło się stawiać granic? Takie pytania są znacznie trudniejsze niż przyklejenie komuś etykiety. Ale właśnie na tym polega myślenie.

Dlatego zarówno w życiu, jak i podczas swoich warsztatów lubię powtarzać: budujmy relacje. Rozmawiajmy o uczuciach. Uczmy empatii, ale jednocześnie uczmy myślenia. Nie podawajmy dzieciom wszystkich odpowiedzi. Dawajmy im narzędzia do oceniania sytuacji, zadawania pytań i wyciągania własnych wniosków. Pomóżmy im zbudować kręgosłup moralny, zanim ktoś inny zrobi to za nas.

Autorytetem dziecka nie musi być osoba, która ma najwięcej obserwujących na TikToku czy YouTubie. Popularność nie jest przecież synonimem mądrości, a liczba polubień nie jest dowodem racji. W świecie, w którym algorytmy coraz skuteczniej podpowiadają nam, co mamy oglądać, kupować, lubić, a nawet o czym myśleć, zdolność samodzielnego zadania sobie pytania „czy ja naprawdę w to wierzę?” może stać się jedną z najważniejszych kompetencji przyszłości.

I właśnie tutaj empatia spotyka się z krytycznym myśleniem. Sama empatia bez umiejętności stawiania granic może sprawić, że będziemy łatwo ulegać innym. Samo krytyczne myślenie bez empatii może stworzyć ludzi inteligentnych, ale obojętnych. Potrzebujemy jednego i drugiego: otwartego umysłu i otwartego serca.

Może więc przygotowanie dzieci do przyszłości nie polega wyłącznie na zapisaniu ich na kolejny kurs języka, programowania czy matematyki. Może równie ważna jest godzina spędzona razem nad książką. Rozmowa przy kolacji. Pytanie: „Jak się dzisiaj czułeś?” i cierpliwość, żeby naprawdę wysłuchać odpowiedzi.

Nie wychowujmy dzieci, które będą świetnie przygotowane do rynku pracy. Wychowujmy ludzi, z którymi sami chcielibyśmy kiedyś żyć w jednym społeczeństwie. Ludzi, którzy potrafią myśleć, ale również czuć. Którzy potrafią zakwestionować to, co słyszą, ale jednocześnie spróbować zrozumieć człowieka stojącego po drugiej stronie. Którzy nie będą bezrefleksyjnie podążać za tłumem, algorytmem, influencerem czy populistycznym hasłem. Jeśli damy dzieciom narzędzia do myślenia i nauczymy je empatii, być może wychowamy nie tylko świetnych pracowników. Wychowamy liderów, nie followersów.

Czy to idealistyczne? Być może. Ale nie sądzę, żeby było niemożliwe. I być może naprawdę zaczyna się od czegoś tak prostego jak jedna książka, jedno pytanie i jedna rozmowa.

A zanim zaczniemy uczyć tego dzieci, warto zadać te same pytania sobie: „Kim jestem?”, „Co czuję?”, „Dlaczego tak myślę?”, „Czy naprawdę słucham innych, czy tylko czekam na swoją kolej, żeby odpowiedzieć?”. Nie bójmy się tych pytań. Przyszłość będzie potrzebowała ludzi, którzy potrafią korzystać z technologii. Ale jeszcze bardziej będzie potrzebowała ludzi, którzy mimo technologii nie zapomną, jak być ludźmi. Z otwartym umysłem. I otwartym sercem.


Renata Kamińska

Pisarka, edukatorka i polsko-brytyjska przedsiębiorczyni mieszkająca w Londynie. Autorka międzynarodowej serii książek dla dzieci „Hector & Friends”, czytanej w ponad 16 krajach na 5 kontynentach. Tworzy projekty, które łączą empatię, krytyczne myślenie i bezpieczeństwo dzieci w świecie cyfrowym. Laureatka tytułu Przedsiębiorcy Roku Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii Przedsiębiorca Społeczny.