Pisanie na zawołanie

Pisanie na zawołanie

7 kwietnia, 2026 Wyłączono przez Redakcja

 Pełny obraz „Trójgłosu” to rzecz zrealizowana – nie bójmy się tego słowa – z rozmachem. Dwuletni okres powstania tekstów na zamówienie, gdzie żaden z felietonistów nie zajmuje się zawodowo pisaniem, to wprost prowokowanie losu, by coś po drodze się popsuło lub postawiło autorom na drodze przeszkody w realizacji planów. Tu właśnie widzę rozmach projektu, to znaczy w samym pomyśle i wierze, że uda się go doprowadzić do końca, że każdy wywiąże się z terminów, nie strzeli focha, a nie daj Boże – focha z przytupem, że kopie zapasowe będą bezpiecznie zapisane, że ktoś nie znajdzie sobie innej zajawki, że korekta, redakcja, grafiki, złożenie i druk przebiegną zgodnie z założeniami, że w jednym, kolokwialnym określeniu – wszyscy wszystko dowiozą. I jest w tym coś naprawdę godnego podziwu, bo przecież konstrukcja taka była delikatna jak domek z kart, gdzie wyciągnięcie jednej zniszczyłoby całą, misternie układaną konstrukcję. A jednak wszyscy zaangażowani stąpali na paluszkach obok tej karcianej budowli, wstrzymując oddech i dokładając kolejne piętra, jak choćby podcast, który pojawił się w naszych kalendarzach, jakby nam wszystkim było mało zajęć związanych z normalnym życiem, rodziną, codziennymi problemami i zarabianiem pieniędzy na własne fanaberie.

Trójgłos jest zbiorem tekstów, który bardzo mocno kojarzą się z mozaiką. Poszczególne felietony z książki można czytać osobno, tak jak można oglądać pojedyncze elementy dekoracji, sprawdzać ich kształt, chropowatość, badać gładkość lub ostrość linii, sprawdzać kolory, odcienie i refleksy pod danym światłem. Prawdziwa wartość mozaiki ukazuje się jednak, gdy zrobi się kilka kroków w tył i spojrzy na nią z dystansu, bo to właśnie wtedy zestawienie tych pojedynczych składników daje pełen obraz całości. I tak samo jak w mozaice, mając w tyle głowy całość kompozycji, można docenić poszczególne teksty, które weszły w skład naszego zbioru. Dlatego proszę tak na nie spoglądać, oświetlając je światłem wszystkich tych czynników wymienionych na wstępie. Dodać do tego należy krótki czas na opracowanie tematu i sam proces pisarski, by między elementami mozaiki zobaczyć felietonistę, który pisze w świątek, piątek i niedzielę. Pisze w przerwach w pracy i na wakacjach, w samolocie i hotelu. Najrzadziej w domu, a przy swoim biurku to już chyba przypadkiem. I na każdy kamyczek mozaiki proszę patrzeć w ten sposób, że biedny autor najczęściej musiał się mocno nabiedzić, by znaleźć odpowiedni kształt. Ktoś rzuca temat i zaraz ktoś pisze. Improwizacja pełna gębą. Może nie taka wielka jak Mickiewiczowska, a bardziej w stylu i czasami na poziomie hip-hopowych freestylów, gdzie artysta łapie za mikrofon i nawija na zawołanie, najczęściej obrażając przeciwnika. Po dwóch latach pracy nad Trójgłosem też mogę złapać za pióro, a raczej położyć ręce na klawiaturze i pisać o czym się tylko państwu zamarzy, nawet o rzeczach, o których nie mam pojęcia. O sztuce, historii, emigracji, luksusie, sukcesie, dupie Maryny – nic mi już nie jest straszne. A że pojedynczy element mozaiki jest koślawy i jakoś słabo pasuje do całości? Przypominam państwu, że w wielu przypadkach miała tu miejsce walka z czasem i własnymi ułomnościami. Jestem głęboko przekonany, że ten trening wzmocnił nie tylko mnie. Z całą pewnością dał wiele także współautorkom i mogę postawić wiele na to, że każde z nas po dwóch latach jest lepszym pisarzem czy felietonistą niż było w momencie rozpoczęcia projektu.

Ta umiejętność pisania na zawołanie to nie jedyna korzyść, jaką wyniosłem z „Trójgłosu”. To, że kilkakrotnie podkreśliłem okres dwóch lat, w którym książka powstała, nie jest przypadkowe, bo to bardzo wymierny odcinek czasu. Coraz bliżej nieba, jakby nie patrzeć… Ale dzięki wspólnej książce mam wycinek swego życia, część tych dwóch lat zamkniętą w fizycznej formie, niczym owad w bursztynie. Bo wertując książkę, widzę i czuję siebie w różnych sytuacjach. Podczas pisania, podczas zastanawiania się, jak temat zacząć i podczas poprawiania. Między kartkami czytam siebie samego w danym okresie życia. Widzę podejście do tematu, które zostało złapane w jakimś konkretnym momencie, który jestem w stanie wskazać, przypominając sobie, gdzie i kiedy powstawał felieton. Każdy, kto zajmował się kiedyś genealogią, wie, jak dramatycznie mało pozostaje po człowieku już dwadzieścia lat po śmierci. Bardzo często życiorys jest sprowadzony do kilku dokumentów, zapisów i zdjęć. Rzadko trafia się jakaś pamiątka czy przedmiot, odsłaniająca więcej niż suchy zestaw dat i papierów. Ja mam to wielkie szczęście i przywilej, że kawałek mnie, ta zwykła, szara, organiczna forma – niczym komar – trafiła i została uwieczniona na jakiś czas w pięknie wydanej książce – jak w bursztynie.


Andrzej Smoleń

Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.