Walka o ogień

Walka o ogień

9 lutego, 2026 Wyłączono przez Redakcja

 Osiedle było tak spokojne i ciche, że aż nudne. Dość ładnie utrzymane trawniki i żywopłoty, kilkoro emerytów, kilka rodzin z małymi dziećmi. Nic szczególnego. Cisza i spokój, które wspierał układ ulic, gdyż do domów prowadziła tylko jedna, kręta uliczka. Powodowało to, że nikt nie szukał skrótów, a drogi używali jedynie mieszkańcy lub kurierzy. Jednak po kilku minutach jazdy wyjeżdżało się już na bardziej uczęszczana drogę, a po krótkiej chwili włączało się do drogi bardziej uczęszczanej, nazwijmy ją tu dla uproszczenia „główną”. I tu już pojawiał się pierwszy zgrzyt rzeczywistości. Ktoś, komu dość ograniczone zdolności kognitywne pozwoliły zostać jedynie urzędnikiem czy planistą, zarządził postawienie budki telefonicznej na skrzyżowaniu z drogą główną. Być może w projekcie bystrzaka z urzędu była ona nawet i przeszklona, ale raz za razem demolowana przez lokalnych młodych gniewnych, budka została obłożona nieprzezroczystymi płytami, kompletnie zasłaniając widok na wyjazd z prawej strony. Wspaniale podnosiło to poziom adrenaliny i kortyzolu, tak potrzebne bladym świtem, gdy z drżeniem serca do ruchu włączał się emigrant, który o tej porze ruszał do pracy. „Pewnie po jakiejś poważnej stłuczce ktoś pójdzie po rozum do głowy” – myślał co rano przeklinając w myślach budkę telefoniczną, tak niezbędną w czasach telefonii komórkowej. Mylił się. Stłuczki nie było, natomiast któregoś dnia na skrzyżowaniu nastąpił taki dzwon, po którym sprzątanie zajęło wiele godzin, a dwa samochody poszły do kasacji. Budka zniknęła. Wyjazd został odsłonięty, ale radość emigranta nie trwała zbyt długo. Na skrzyżowaniu pojawiły się panie, które ktoś mógłby nazwać damami o podejrzanej reputacji, ktoś inny przedstawicielkami najstarszego zawodu świata, ale uprawione byłoby też nazwanie ich starymi kurwami. Oczywiście „stare” niekoniecznie odnosiłoby się do wieku, bo kto wie, ile mogły mieć lat… Wyklęte córy Koryntu, zasłaniające wyjazd, same zapewne długo musiałby szukać liczby w zniszczonym mózgu. Istnieje taki rodzaj dewastacji organizmu, który kompletnie nie pozwala określić wieku. Równie dobrze mogły mieć lat trzydzieści jak i sześćdziesiąt.  Na pewno jednak panie te z niejednego pieca chleb jadły, piły zarówno schłodzonego szampana i ciepłą berbeluchę, a o działaniu chemii na ludzki organizm mogłyby niejedno powiedzieć. Czy pod tym cholernym skrzyżowaniem płynie jakaś żyła wodna i przyciąga przeszkody? – pytał w myślach emigrant, przeganiający gestami kurwy z chodnika, by móc bezpiecznie wyjechać. To, dlaczego te straszydła przywędrowały z innej, oddalonej około o kilometr ulicy, znanej z ich obecności, wyjaśniło się wkrótce. Otóż na skrzyżowaniu zawalił się pod ciężarem lat i braku konserwacji budynek, dawna kamieniczka. Przewróciło się, niech leży – zawyrokował jak zwykle w takich przypadkach los w mieście emigranta. Na cegłach wyrosły bujnie chwasty, a rumowisko ograniczono barierkami, zabierając dużą część chodnika, przez co omijający gruzy piesi wchodzili prosto pod koła samochodów, które skręcały w uliczkę. Jakby atrakcji na skrzyżowaniu było mało… Ale nie była to jedyna rozrywka, jaką zapewnił powalony budynek, o czym przekonał się pewnego ranka emigrant, który miast zabawy wybrał znów pracę, do której zmierzał bladym świtem. Jedna z pań, która stroniła od ciężkich obyczajów, przeciskała się przez barierki wraz ze swym absztyfikantem. Kupa cegieł dawała najwyraźniej jaką taką osłonę przed wiatrem i pewnie też przed wścibskimi spojrzeniami. Żeby coś wyrosło, musi najpierw coś obumrzeć… Jakże pięknie ta metafora okazała się prawdziwą. Na gruzach powalanego budynki zakwitły chaszcze. I miłość…

                Mewki z sąsiedniej dzielnicy były tamtej wiosny jaskółkami, zwiastującymi nadchodzące zmiany w okolicy emigranta. Jego ogród kończył się murem, na którym przeciągnięta została druciana siatka, a za tymi przeszkodami rozciągał się mały zielony teren, z dużym trawnikiem i kilkoma drzewami. Zaraz za murem leżało stare asfaltowe boisko, na którym pewnie dawniej dzieci grały w piłkę. Sama siatka stworzyła pewien rodzaj stelażu, na którym poprzedni właściciel wypuścił kilka pnączy. Na podobny pomysł wpadli sąsiedzi i na ogrodzeniu zrobił się naturalny płot, dający przyjemny cień i prywatność niczym wysoki na 5 metrów parawan. Kwitnące kwiaty wiosną miały swój urok, ale poprzedni właściciele, wraz z sąsiadami przegli pałkę i w ramach zasady, że co za dużo to nie zdrowo, splątana roślinność stworzyła coś w rodzaju żagla. A że wiatr dął w tamtym miejscu okrutnie (za murem wszak była wolna, niezabudowana przestrzeń), narażało to całą konstrukcję na duże naprężenia. Emigrant, widząc to ryzyko próbował ratować ów stelaż. Interwencja nastąpiła niestety za późno, bo stalowe słupki, na których rozparto siatkę, były już naruszone. Każda kolejna wichura coraz mocniej niszczyła konstrukcję, która trzymała się już dzięki sąsiednim panelom. Regularne sztormy powodowały uczucie niepokoju u emigranta i irytację w miejscowym urzędzie, który dostawał regularne raporty co do stanu ogrodzenia. W końcu, gdy wydawało się, że przy kolejnej wichurze ten stalowo-roślinny żagiel odfrunie, z największym prawdopodobieństwem uderzając w domy wzdłuż muru, pojawili się pracownicy wysłani przez urząd. Zamiast konstrukcję naprawić, zdemontowali ją kompletnie, zabierając cień, odsłaniając za to w pełnej krasie zielony skwerek za murem. Przypominało to odsłonięcie kurtyny, gdzie pokazał się świąt w swojej okazałości. Wszak jak pisał Szekspir, cały świat to scena, a ludzie to aktorzy…

                Scenerię tworzyło kilka drzew, trawnik, chodnik, asfaltowe boisko. Nic wielkiego czy niepokojącego. Czasami ktoś rzucił peta w trawnik, czasami ktoś nie posprzątał po srającym psie. Ale mały nasyp ziemi, znajdujący się między płaskim trawnikiem a położonym obok muru boiskiem stworzył ciekawe możliwości, które zauważył emigrant, gdy tylko zdjęto parawan z pnączy. Praca zdalna pozwoliła mu zauważyć zjawisko, gdzie przedsiębiorcze umysły wykorzystały ułożenie terenu. Raz na jakiś czas, pod murkiem przystawał spacerujący mężczyzna. Minute później jak spod ziemi, z różnych kierunków wypełzały ćpuny. W większości już tak zdeformowane i zniszczone, że pełzanie nie jest tu metaforą. Powykręcane i bezwładne kończyny, paraliże różnych części ciała, trudności w chodzeniu czy w utrzymaniu równowagi. Przypominało to inwazję żywych trupów z apokaliptycznego horroru nie najwyższych lotów. W tym wszystkim ćpuny wykazywały się całkiem niezłą koordynacją i samozaparciem dotrzeć na miejsce. Transakcje pod murkiem odbywały się sprawnie, a całość trwała dosłownie kilka minut, po których świat wracał do równowagi, a przećpane zombie do swych melin. Ryneczek ten, jak nazywał go w myślach emigrant odbywał się w losowych porach i dniach. Komunikacja musiała być tu bardzo sprawna, a emigrantowi przychodziły na myśl wspomnienia z dawnych lat, gdy jeszcze miesiące po zakończeniu studiów dostawał sms-y z informacjami o promocyjnej cenie „kosiarza umysłów”, co było adekwatną nazwą na rozrabiany z wodą i sokiem ukraiński spirytus. „Kosiarz” dostarczany był pod drzwi, niczym w nowoczesnych systemach dostaw, aczkolwiek dostarczyciel nie miał wielkiego logo korporacji na plecaku. Wręcz przeciwnie, stronił od rzucania się w oczy… Ale była to już dawna historia i nie był to czas na uśmiechanie się do swoich wspomnień. Widząc nieregularny ryneczek emigrant zastanawiał się, co z tym fantem zrobić.

                Na nasypie, od strony muru, a więc vis-a-vis okien, pojawił się namiot. A wraz z namiotem – bezdomny. Dzieci emigranta były zachwycone i wprost zazdrosne, że można mieszkać sobie pod kawałkiem płótna, wolny jak rajski ptak, gdzie zapewne nikt nie każe się uczyć, kłaść do łóżka o stałej porze czy myć zębów. Rodzice natomiast wcale nie byli z tego widoku szczęśliwi, ale okazało się, że bezdomny jest przyzwoitym sąsiadem i na nasypie nie odbywają się żadne bezeceństwa. Był to akt drugi dramatu, spokojne przejście pomiędzy częścią pierwszą, a jego finałem…

                Młodzież, która akurat miała przerwę od szkoły, dysponowała towarem bardzo deficytowym, a mianowicie wolnym czasem. Zajmujący się głównie pracą emigrant, luksusu nadwyżek czasu zupełnie nie posiadał, dlatego pracę lokalnych młodzieńców zauważył dopiero, gdy została już zakończona. Chłopcy, z wspaniałymi perspektywami na więzienie w niedalekiej przyszłości, włamali się na plac jednego z biznesów sąsiadujących ze skwerkiem. A ponieważ nie byli jeszcze bandziorami, czy nawet pospolitymi złodziejaszkami, a jedynie lokalnymi patusami, ukradli jedynie palety, które ułożyli w stos i podpalili. „Tak być nie będzie!” – zakrzyknął w myślach emigrant, zamykając okno, by jak najmniej nawdychać się chemikaliów ze spalania impregnowanego drewna. Kłębiący się dym nie przypominał tego, który wytwarza spalany czysty i suchy surowiec. Był ciemny, gęsty, śmierdzący i z całą pewnością trujący. Dokładnie tak jak przyszłość młodzieńców, którzy zafascynowani tym widokiem postanowili powtórzyć ognisko w kolejnym dniu. Tym razem emigrant był czujny. Był czujny jak pies podwójny i nie przeoczył przygotowań do imprezy. Gdy tylko obok jeszcze większego stosu palet błysnął ogień zapalniczki, wezwana została straż pożarna.

                W ciągu kilku minut nastąpił kaskada zdarzeń, której dynamiki ciężko oddać słowami, a już tym bardziej słowem pisanym. Wszystko bowiem działo się „jednocześnie”, w krótkim odcinku czasu, poszczególne składowe wydarzeń zazębiały się ze sobą i splątywały. Tym niemniej podejmę się tego wyzwania, świadom swych braków w sztuce barwnego opisywania rzeczywistości, a już tym bardziej rzeczywistości tak złożonej i groteskowej. Czytelników proszę o wyrozumiałość i odrobinę dobrej woli dla autora….

                Straż pożarna przyjechała bardzo szybko, traktując zgłoszenie poważnie. Już po kilku minutach w dodali słychać było syreny wozu strażackiego. Ponieważ na zielony skwerek nie dało się wjechać bez taranowania masywnego szlabanu, strażacy wybrali inną drogę. Samochód wjechał od strony osiedla, pozostając zasłoniętym przez mur….

                …W momencie, gdy w oddali słychać było wyjące syreny, niespodziewanie i jak karaluchy spod ziemi, wypełzły ćpuny i ruszyły w stronę swojego ryneczku, gdzie akurat ogień zajmował kolejne warstwy ułożonych palet…

                …Zamieszanie wyciągnęło z namiotu bezdomnego, który usiadł na nasypie i obserwował widowisko…

                …Wóz strażacki podjechał w bezpośrednie sąsiedztwo skwerku. Akurat jeden z domów ułożony był bokiem do muru, bez płotu i innych przeszkód, dzięki czemu strażacy mogli rozwinąć sprzęt i przygotować się do forsowania przeszkody…

                …Samo ognisko nie stanowiło żadnej niedogodności dla handlu towarem. Kupujący i sprzedający stanęli po prostu kilka metrów dalej, pod samym murem trzymając się w odpowiedniej odległości od ognia…

                …Młodzież zachwycona swym działem starała się w międzyczasie znaleźć kolejne łatwopalne i toksyczne materiały, by płomienie stały się jeszcze większe, a opary bardziej trujące…

                …Strażak, młody i wysportowany facet przeskoczył z łatwością mur. Wskoczył prosto w centrum transakcji, rozpraszając zaskoczone ćpuny…

                …Diler wyraźnie zgłupiał, bo przecież nieczęsto zdarza się, że niczym grom z jasnego nieba zeskakuje obok kogokolwiek strażak w pełnym ekwipunku. I choć strażak to nie policjant, to jednak widok służby mundurowej kazał dilerowi zatrzymać handel i próbował dyskretnie oddalać się spod muru…

                …Strażak przystąpił do akcji nie zwracając uwagi na ryneczek. Młodzież na jego widok rozbiegła się na wszystkie strony świata, po kilkunastu metrach zawróciła i zbliżyła się na bezpieczną odległość obserwując przygotowania do gaszenia ognia…

                …Część ćpunów idąc za przykładem dilera postanowiła udawać, że zażywa przyjemnego, popołudniowego spaceru w wiosennym słońcu. Wlokąc za sobą zdeformowane nogi, czy spoglądając spod garba na niebo, próbowali stwarzać wrażenie, że są zwykłymi przechodniami, którzy po prostu znaleźli się w złym miejscu. W bardzo nieodpowiednim czasie…

                …Zdecydowana większość ćpunów jednak, najprawomocniej ta grupa, która nie została obsłużona, nie zwracała kompletnie uwagi na otocznie. Nagabywali stanowczo dilera, który próbował odejść, a było to o tyle trudne, że zdesperowane ćpuny wchodziły mu w drogę, czy szarpały za ręce. Posuwał się mozolnie, otoczony wianuszkiem nieszczęśników, którym w oczy zajrzała wizja przymusowej abstynencji…

                …Strażak spokojnie gasił ogień, co poszło mu szybko i sprawnie. Wyróżniał się dość mocno jako jedyna osoba na całej tej scenie, która mogła się pochwalić uczciwym zajęciem. Jego zadanie odbywało się w akompaniamencie… hmm… Czy oglądali państwo nakręcony przed laty film „Walka o ogień”, gdzie fabuła przedstawia prehistoryczne hordy na bardzo niskim poziomie technicznym i kulturowym? Proszę sobie wyobrazić, że jedna z hord gasi ognisko innej grupie, która nie potrafi rozpalać ognia, a jedynie go podtrzymywać. Proszę sobie wyobrazić ten ryk rozpaczy, desperacji i chęci zemsty, która jest niemożliwa ze względu na przewagę przeciwnika. Prehistoryczny taniec żałobny, wraz okrzykami wojennymi odbywał się wokół dogasającego ogniska i kończącego swoje zadanie strażaka. Młodzieńcy biegali, podskakiwali, ryczeli, bili się w klatki piersiowe, łapali za głowy, wygrażali pięściami… Słowem – od stada przerażonych i zdesperowanych małp różnili się jedynie ubraniem…

                …Na całe to widowisko patrzył z jednej strony bezdomny, który spokojnie jadł przed namiotem kanapkę, a z drugiej emigrant, który na piętrze swego domu zadawał sobie w myślach setki pytań…

Wszystko powyższe jest oczywiście od początku do końca zmyślone. Sytuacje podobne nie mogą mieć miejsca w kraju będącym szóstą gospodarką świata. 


Andrzej Smoleń

Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.