Nazwy niewłasne
22 listopada, 2025Jednym z zaskakujących, osobistych efektów uczestnictwa w autorskich Targach Książki w Londynie, było sięgnięcie przeze mnie po raz kolejny do książek opisujących, stoczoną podczas II wojny światowej, bitwę o Atlantyk. Przed laty interesowałem się wojną podwodną z powodów, których wyjaśnić nie umiem, bom trzykrotny szczur lądowy, mieszkający w takiej samym odległości od trzech mórz, tyle tylko, że do każdego z nich tak samo daleko. I trzeba było mi przeszło trzech dekad życia, by stanąć na brzegu wszystkich tych akwenów. A dodatkowo los rzucił mnie do miasta, które w tej bitwie miało ważną rolę, znajdowała się w nim siedziba brytyjskiego dowództwa zmagań o Atlantyk. A gdy zostałem zaproszony na uroczyste obchodach 80-lecia bitwy, nie mogłem w nich uczestniczyć. Takie to paradoksy lubi kreślić życie. Tym niemniej dzięki Łukaszowi Grześkowiakowi, którego bardzo z tego miejsca pozdrawiam, znów miałem w ręku morskie opowieści o wojnie podwodnej, konwojach, zatapianym tonażu i technologicznym wyścigu obu stron. Po lekturze jego książki sięgnąłem po klasykę tej tematyki, wspomnienia jednego z oficerów niemieckich pt. „Żelazne Trumny”. Po wojnie napisano wiele pamiętników, ten jest szczególny ze względu na umiejętności literackie autora w oddaniu grozy i bezsensu walk, szczególnie w ostatnim okresie zmagań. O „Żelaznych trumnach” słyszałem wiele w przeszłości, natomiast w ostatnich miesiącach miałem ją w ręku po raz pierwszy.
Podczas lektury zastanawiało mnie wielokrotnie użycie słowa sznorkle na system odprowadzania spalin i wtłaczania świeżego powietrza do silników diesla podczas zanurzania. O wiele bardziej lubię polską nazwę „chrapy”, zamiast słowa spolszczonego z języka niemieckiego (Schnorchel) czy też angielskiego (snorkel). To jednak szczegół, mało tego – szczegół techniczny, który interesować może garstkę czytelników. Natomiast inny fragment przykuł moją uwagę mocniej i pozwolę sobie go w tym miejscu zacytować:
„Następnej nocy zobaczyliśmy migotanie miliona świateł, odbijających się na niebie – to Lizbona. Kiedy jej mieszkańcy spali pod swymi kołdrami, przeszliśmy Zatoką Lizbony. W ósmym dniu naszego rejsu często wychodziliśmy na głębokość peryskopową i braliśmy namiary na Przylądek St. Vincent. Krótko przed północą, 5 grudnia będąc na powierzchni, podeszliśmy do Zatoki Cadiz.”
– Jakiej Zatoki Cadiz, do kurtyzany nędzy..?! – zareagowałem w myślach, a moje wzburzenie niech podkreśli fakt, że wcale nie padło słowo „kurtyzana”, a użyłem w tym miejscu odpowiedniego zamiennika. Było to zresztą pierwsze z szeregu pytań, które sobie zadałem, niestety wszystkie pozostały bez odpowiedzi. Na przykład – skąd w polskim tłumaczeniu angielska nazwa zatoki? Są przecież jeszcze w Polsce ludzie, którzy nie mówią po angielsku, sam mógłbym wskazać kilka takich osób placem. Zastanowiło mnie jak czytają Cadiz. Cadiz przez „c” czy może domyślają się, że należy tu wymówić nazwę przez „k”, wzorem coca-coli. Na atlantyckim wybrzeżu Hiszpanii leży miasto nazywane polsku Kadyks, a zatoka, nad którą jest położone zwie się w naszym języku Zatoką Kadyksu. Dodatkowo ciekawe jest to, że w tym samym akapicie autor używa polskiej nazwy innego akwenu – Zatoka Lizbony. Nie wiem z czego wynika pełne tłumaczenie części nazw geograficznych, a połowiczne tłumaczenie innych, bo obok „Zatoki Cadiz” mamy „Przylądek St. Vincent”, najbardziej na południe wysuniętą część kontynentalnej Europy, którą nazywamy w polskim języku Przylądkiem Świętego Wincentego. Nazwałem te tłumaczenia połowicznymi, bo przecież kompletne nazwy angielskie to odpowiednio „Gulf of Cadiz” i „Cape of St. Vincent”, równie bezsensownie brzmiałoby w moim odczuciu „Gulf od Kadysku” i analogicznie – „Cape of Świętego Wincetego”. Tak, jakby ktoś zdjął majtki, ale tylko do połowy. Ani nic to nie zasłania, ani odsłania, ani to praktycznie, ani ładne.
Nie wiem z czego wynikło owo połowiczne tłumaczenie. Gdybym miał zgadywać to powiedziałbym, że ze zwykłego pośpiechu i niechlujstwa. Ktoś coś zrobił na szybko, inny zaakceptował, kolejny nie sprawdził i wyszło jak wyszło. Ale bywają i przykłady inne, gdzie brak tłumaczenia wynika po prostu z mody, tak jak ma się to w przypadku nie tłumaczenia imion. Przykładem niech będzie brytyjska rodzina królewska.
Przez wiele wieków w języku polskim przekładano imiona angielskich władców czy wielkich postaci, zgodnie z średniowiecznym uniwersalizmem, a później już dzięki tradycji. Dlatego znamy bohaterów historii w ich polskim brzmieniu, wraz z nawet przydomkami jak na przykład Ryszard Lwie Serce, a nie Richard the Lionheart, lub Jan bez ziemi, miast John Lackland. Tradycja to długa, którą znamy i dziś, wszak obecny król to dla Polaków Karol III, a jego długo panująca matka znana była wszystkim jako Elżbieta II. Nie spotkałem się z nikim tak bardzo „z polska angielskim”, by mówił Charles lub Elizabeth. Następca tronu, książę Walii to już z kolei William, a nie Wilhelm, bo tak tłumaczy się angielskie imię pierwszego w kolejce kandydata do tronu. Małżonka księcia Wiliama to Kate, a nie Katarzyna, analogicznie ma się sprawa z ich dziećmi. O ile różnica między Williamem a Wilhelmem nie jest dla polskiego ucha wyraźna, bo obydwa imiona brzmią „obco”, tak zabawnie się robi z najstarszym synem następcy tronu, prawdopodobnie przyszłym królem, o ile oczywiście angielska monarchia przetrwa do tego czasu. Wszyscy znają chłopca jako George’a i absolutnie nikomu nie przeszkadza, że jeszcze jego pradziadek nazywamy jest u nas Jerzym, choć oczywiście ich imiona są w języku angielskim identyczne. Istna komedia zaczyna się na myśl o numeracji przyszłego władcy. Poprzedni Jerzy, ojciec Elżbiety II, był szóstym z kolei królem tego imienia. Jego prawnuk Jerzy, dziś dwunastoletni chłopiec, zostanie siódmym. Tylko jak zangielszczeni językowo Polacy połączą oba słowa? Czy wrócą do tłumaczenia imienia i George zamieni się w Jerzego? Czy może pójdą na całość i polskich wiadomościach czy serwisach plotkarskich będziemy słyszeć „George the Seventh”. Albo – to mój typ – połączą bezmyślnie polskie i angielskie słowo, i wzorem zatoki Cadis, zobaczymy na tronie George’a siódmego? Nie wiem, czy dożyje, żeby przekonać się na własne oczy i uszy jak ta zagadka zostanie rozwiązania. Marzyłoby mi się jednak, żeby choć pisownia została mieniona, wzorem powieści Dołęgi-Mostowicza, którego jednego z bohaterów powieści, Polaka i byłego absolwenta Oxfordu, nazwał Żorżem. Tak, żeby komedii stało się zadość.

Andrzej Smoleń
Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.


