1-2-3-4! 50 lat temu debiut Ramones spalił stary świat i wypluł punk rocka
14 września, 2026Gdyby w 1976 roku zapytać przeciętnego fana muzyki, jak wygląda prawdziwy rockman, odparłby: kumpel w dzwonach, z trwałą na głowie, grający 20-minutowe solówki na gitarze z dwoma gryfami.
I wtedy weszli oni. Czterech obskurnych wyrzutków z Queens w dziurawych dżinsach, czarnych skórzanych kurtkach motocyklowych i… tanich trampkach Keds. Zamiast obskakiwanych dziś Converse’ów wybrali historyczną markę z 1916 roku, od której cichych gumowych podeszew w ogóle narodziło się amerykańskie słowo sneakers. A z kolei ich skórzane kurtki Schott Perfecto noszone bez przerwy na koncertach zyskały w Polsce i na świecie swoją własną, nieśmiertelną nazwę – ramoneska.
Ich imienny, debiutancki album – po prostu Ramones – zawierał czternaście numerów, zero solówek i trwał zaledwie 29 minut oraz 4 sekundy. Ta płyta nie weszła do historii muzyki – ona wyważyła drzwi z kopa, przewróciła stół i podpaliła dywan!
Zmowa wykolejeńców i absurdalne początki
Przenieśmy się do Nowego Jorku z lat 70. Miasto bankrutowało, ulice tonęły w śmieciach, a legendarny klub CBGB w dzielnicy Bowery pachniał starym piwem i psim moczem. To tam spotkała się czwórka gości, z których żaden nie nadawał się do normalnego życia:
- Joey – chudy, mierzący niemal dwa metry (198 cm) odludek z ciężką nerwicą natręctw (OCD), który schowany za ciemnymi okularami zmieniał się na scenie w charyzmatycznego giganta.
- Dee Dee – charyzmatyczny, uliczny pancerz kapeli, mający za sobą trudną przeszłość na nowojorskich skrzyżowaniach i ciągłe zmagania z własnymi demonami.
- Johnny – wychowany w szkole wojskowej cynik i były uliczny chuligan, który trzymał zespół w żelaznym, dyktatorskim reżimie i do końca życia nienawidził większości ludzi.
- Tommy – jedyny w tym towarzystwie, który potrafił spiąć ten cyrk do kupy i usiąść za bębnami.
Mimo że przyjęli wspólne nazwisko „Ramone”, nienawidzili się niemal od pierwszego dnia. A ich pierwsze występy graniczyły z absurdalną komedią. Początkowo mieli tak krótki materiał, że ich koncert w CBGB trwał zaledwie… 17 minut! Żeby nie zostawiać publiczności w osłupieniu, po krótkim oddechu wyszli na scenę i zagrali dokładnie ten sam zestaw kawałków po raz drugi!
Prawdziwy komizm towarzyszył im też w podróży. Gdy pojechali w pierwszą europejską trasę i zawitali do Belgii, zderzyli się z kulturowym szokiem – na sali zastali… grzecznie rozstawione rzędy krzeseł. Uporządkowani fani wytrzymali na nich jednak około trzech sekund. Gdy usłyszeli ryczące „1-2-3-4!”, natychmiast zerwali się z miejsc: krzesła zostały stratowane i rozniesione w pył, a pod sceną rozpętało się prawdziwe piekło.
Krew, pot i nieśmiertelne „Hey Ho, Let’s Go!”
Nagrać album wszech czasów w parę dni za grosze? Proszę bardzo. Weszli do studia z budżetem 6400 dolarów. Dla porównania: Pink Floyd wydawało tyle na same kanapki w trakcie sesji nagraniowych.
Johnny Ramone odmówił grania jakichkolwiek solówek. Uderzał w struny wyłącznie w dół (downstroking), z prędkością karabinu maszynowego, aż z dłoni ciekła mu krew. Gitara grała tylko na prawym kanale, bas na lewym, a w tle Dee Dee darł mordę swoim „1-2-3-4!”.
To stąd pochodzi Blitzkrieg Bop – hymn, od którego wszystko się zaczęło. Za napisanie tej petardy odpowiadał głównie Tommy Ramone (pierwotnie zatytułował ją Animal Hop), a okrzyk „Hey Ho, Let’s Go!” został zainspirowany… piosenką popowej grupy The Bay City Rollers. Teksty na całej płycie to zero poezji i samo brudne życie: od wąchania kleju (Now I Wanna Sniff Some Glue), przez uderzanie kijem w dzieciaków (Beat on the Brat), po uliczne przeżycia Dee Dee (53rd & 3rd).
Po tym przełomowym debiucie poszli za ciosem – w trakcie swojej kariery wydali w sumie aż 14 albumów studyjnych, stając się najbardziej zapracowaną maszyną koncertową na planecie. I nie ma w tym ani krzty przesady: w ciągu 22 lat zagrali dokładnie 2263 koncerty, tłukąc po ponad 100 występów rocznie i żyjąc w nieustannej, morderczej trasie bez dłuższego urlopu.
Od komercyjnej klapy po modowy fetysz pozerów
Paradoks polega na tym, że w momencie premiery w 1976 roku krążek okazał się komercyjną klapą. Wszedł na 111. miejsce listy Billboardu i sprzedał się początkowo w żałosnym nakładzie zaledwie kilkunastu tysięcy egzemplarzy. Na Złotą Płytę w USA (500 tys. sprzedanych sztuk) album musiał czekać… aż 38 lat, zdobywając ją officially dopiero w 2014 roku. Dziś liczba wznowień, edycji zremasterowanych, boksów i wydań winylowych idzie w setki, a płyta osiągnęła status absolutnej świętości.
Sposób, w jaki dzisiejszy świat konsumuje ich twórczość, sprawia jednak, że muzycy Ramones z pewnością przewracają się w grobach w rytmie szybkiego 1-2-3-4. Buntowniczy hymn Blitzkrieg Bop po latach trafił do reklam koncernów samochodowych, piwa czy gier wideo, służąc za tło do napędzania korporacyjnej machiny.
Jeszcze bardziej uderza powszechna modowa adopcja: słynny orzeł Ramones (zaprojektowany przez Arturo Vegę) wylądował na wieszakach Primarku, H&M czy Zary. Dziś kultowe koszulki noszą miliony nastolatków, z których większość nie potrafiłaby wymienić ani jednego utworu i myśli, że to po prostu fajny nadruk. Dla starych punkowców to pozerstwo najgorszego sortu, do kwadratu – najwyższa obelga w świecie, gdzie autentyczność była kiedyś walutą życia i śmierci.
Brytyjski pożar i kradzież dziewczyny
Płyta w USA początkowo nie chwyciła, ale kiedy w lipcu 1976 roku polecieli do Londynu, wybuchła bomba. Na ich koncercie pojawiła się cała śmietanka późniejszego brytyjskiego punka: Sex Pistols, The Clash, The Damned. Młodzi Anglicy zobaczyli, że nie trzeba kończyć akademii muzycznej, by powalić tłum na kolana.
Ale im bardziej rósł ich mit, tym bardziej zespół gnił od środka. Prawdziwa wojna domowa wybuchła, gdy Johnny ukradł i poślubił dziewczynę Joeya, Lindę. Joey i Johnny nie rozmawiali ze sobą prywatnie przez kolejne 20 lat, dzieląc bus trasowy na pół i komunikując się wyłącznie przez technicznych – a mimo to wychodzili na scenę i grali najszybszy rock’n’roll na świecie.
Supergrupa Cretin Family: Szaleństwo, John Travolta i koncert na cmentarzu
Dzisiaj żaden z czwórki założycieli już nie żyje – głównie rak zabierał ich jednego po drugim. Jedynym żyjącym łącznikiem z tamtą złotą erą pozostaje legendarny perkusista Marky Ramone, ale sam duch debiutu po 50 latach wywołał surrealistyczny pożar.
Z inicjatywy Lindy Ramone (wdowy po Johnnym) oraz oficjalnej fundacji zespołu powołano do życia wyjątkową super grupę o nazwie Cretin Family – wziętej bezpośrednio z utworu z płyty ¡Adios Amigos!. Do projektu dołączyli absolutni giganci: Billie Joe Armstrong (Green Day), Tim Armstrong (Rancid), perkusista Travis Barker (Blink-182) oraz sam CJ Ramone – basista, który strzegł składu oryginalnych Ramones w ich ostatnich latach.
Miejsce i oprawa tego przedsięwzięcia przerosły najśmielsze oczekiwania. Debiutancki, głośny koncert zorganizowano na cmentarzu Hollywood Forever Cemetery w Los Angeles – dokładnie tam, gdzie spoczywają Johnny i Dee Dee Ramone! Muzycy zagrali cały debiutancki album dosłownie pośród grobów.
Gdyby tego absurdu było mało, całą tę zakręconą imprezę poprowadził… gwiazdor Hollywood John Travolta, oprawę wizualną przygotował znany artysta uliczny Shepard Fairey (twórca plakatów Obamy), a cały dochód przekazano na cele charytatywne do instytutu badań nad rakiem.
Dla gości ze super grupy Cretin Family, którzy wyprzedają dziś stadiony i zarabiają miliony, te 29 minut z 1976 roku to wciąż jedyny prawdziwy elementarz. Punk rock może i ma siwe włosy, ale debiut Ramones nadal pachnie tanim piwem, czystym buntem i spalonymi wzmacniaczami.

Członkowie zespołu opierający się o ceglaną ścianę w Nowym Jorku – kultowa czarno-biała fotografia z okładki debiutanckiego albumu Ramones z 1976 roku. Źródło i autor: Getty Images / Roberta Bayley

Zbliżenie na Johnny’ego Ramone’a grającego na swojej charakterystycznej białej gitarze Mosrite – widać zakrwawioną kostkę do gry lub specyficzny ruch dłoni w dół (downstroking). Źródło i autor: Corbis / Getty Images

Photo: Getty Images

Zrodlo: Getty / Redferns / Ian Dickson

Supergrupa. Zrodlo Instagram

Łukasz Grześkowiak
ekonomista z dyplomem, historyk z pasji, pisarz z wyboru, a Dexter z przydomku. Zadebiutował w 2013 roku książką Walker – Pogromca U-Bootów, która szybko wypłynęła na szerokie wody (dosłownie i w przenośni), doczekała się wznowienia, a autor — kolejnych publikacji, które zyskały status bestsellerów i uznanie wśród fanów historii morskiej.
Od U-Bootów na Morzu Śródziemnym po U-505 – Prawdę o wojnie na morzu, z chirurgiczną precyzją rozkłada na części niemiecką flotę podwodną. W 2024 roku dorzucił do kolekcji U-48. Najskuteczniejszy U-Boot Hitlera — bo jak twierdzi, „każdy U-Boot ma swoją historię”.
Występował jako prelegent na Festiwalu Nurkowania Wrakowego, publikował dla portali Ciekawostki historyczne i Twoja Historia. Kolekcjonuje oryginalne pocztówki z okrętami podwodnymi i płyty CD. Ma ich ponad 500, głównie z muzyką niezależną, bo jak mówi: „mainstream to nie moja bajka”.
Były wokalista punkowego zespołu Antykwariat, fan NBA z lat 90., człowiek, który wie, co to znaczy „trzymać poziom” — zarówno w literaturze, jak i w życiu. Od trzech lat nauczyciel historii w polskiej szkole Copernicus.

