Nigdy nie jest za późno na marzenia. Nawet jeśli zaczynasz od zera w obcym kraju

Nigdy nie jest za późno na marzenia. Nawet jeśli zaczynasz od zera w obcym kraju

27 maja, 2026 Wyłączono przez Redakcja

„Nigdy nie przestawaj marzyć i odkrywać świat.” Tak brzmi moja dedykacja, którą wpisuję dzieciom do pierwszej książki z serii o przygodach psa Hektora. I za każdym razem mam wrażenie, że piszę ją nie tylko dla nich. To zdanie jest trochę o mnie i o tym, jak łatwo w pewnym momencie życia przestajemy wierzyć, że jeszcze możemy spróbować.

To zdanie towarzyszy mi od dziecka, choć czasem jak każdy mam momenty zwątpienia, chwile, kiedy odkładam marzenia na później. Staram się jednak nigdy z nich nie rezygnować. Jako dziecko byłam marzycielką i małą kosmopolitką. Oglądałam teleturniej „Familiada” po niemiecku, kreskówki po włosku. Moją ulubioną bajką była austriacka opowieść o śpiewającej rodzinie von Trapp. Dlatego między innymi akcja pierwszej książki została osadzona w czasie II wojny światowej w Austrii.

Na podwórku bawiłam się z ciemnoskórym sąsiadem, a we Francji zajadałam owoce morza z hiszpańską koleżanką. Świat zawsze mnie inspirował, podobnie jak ludzie. Stąd moja fascynacja językami i podróżami. Chciałam poznawać świat i umieć rozmawiać z ludźmi bez względu na to, skąd pochodzą. Czasem śmieję się, że od dziecka byłam trochę włóczykijem, bo mama zaszczepiła we mnie miłość do podróżowania. Sama zwiedziła niesamowite zakątki świata, a jej historie o niedźwiedziach pod kołem podbiegunowym, podróży na osiołku przez pustynię czy uczestniczeniu w ceremonii obrzezania działały na moją wyobraźnię bardziej niż niejeden film przygodowy.

Byłam jednak także bardzo wrażliwą osobą i jedynaczką. A to połączenie, jak szybko się okazuje, nie zawsze jest wygodne dla otoczenia. Jako dziecko często czułam się samotna, mimo że miałam wokół siebie dużo dzieci i byłam bardzo towarzyska. Lubiłam scenę, występy, ludzi, ale jednocześnie byłam zakompleksiona. Bardzo dotykały mnie przezwiska związane z moim imieniem, które dla wielu wydawało się egzotyczne. Zmagałam się też z kompleksami dotyczącymi wyglądu – przede wszystkim moich kręconych włosów. Czułam, że jestem „inna”. Wyglądam inaczej, mam dziwne imię i nie do końca pasuję.

Przez długi czas prostowałam włosy i ścinałam je na wzór Victorii Beckham. Miałam również problemy ze słuchem i groziła mi całkowita głuchota. Choć dziś wiele osób mogłoby w to nie uwierzyć, byłam introwertyczką. Lubiłam zamykać się w swoim małym, kreatywnym świecie. Wymyślałam zabawy, malowałam i pisałam.

Miałam dwanaście lat, kiedy napisałam opowiadanie o bezdomnym psie i wysłałam je na szkolny konkurs literacki. Wydawało mi się wtedy, że robię coś ważnego, że może ktoś to przeczyta i zrozumie. Jak to się mówi – napisałam je od serca. Była to opowieść o świecie widzianym z perspektywy psa. Moją inspiracją był mój psi przyjaciel Rolo.

Może dziś brzmi to zabawnie, ale naprawdę odnalazłam w nim prawdziwego przyjaciela. Towarzyszył mi przez całe nastoletnie życie, aż do momentu, kiedy dorosłam. Ofiarował mi bezwarunkową i czystą miłość aż do ostatnich dni swojego życia. Właśnie wtedy narodził się pomysł opowieści o pewnym szczeniaku o imieniu Hektor.

Chciałam stworzyć historię, która mogłaby przydarzyć się także człowiekowi. Każdemu z nas. To opowieść o psie, który tak jak my wszyscy przyszedł na świat z jakiegoś powodu i jedyne, czego pragnął, to odnaleźć szczęście. Hektor pokazuje, że psy potrafią przejrzeć ludzkie wnętrze i w przeciwieństwie do ludzi widzą nas takimi, jacy naprawdę jesteśmy, a nie takimi, jakimi próbujemy się przedstawiać. To historia o dojrzewaniu, miłości, przyjaźni, poszukiwaniu domu, bezpieczeństwa i pokonywaniu codziennych trudności.

Nie wygrałam konkursu. Usłyszałam, że tekst jest „za poważny jak na mój wiek” i „nie pasuje do reszty prac”. To był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę pęka serce.

Do dziś pamiętam to uczucie. Moment, w którym człowiek po raz pierwszy pokazuje światu coś swojego i nagle słyszy, że „to nie pasuje”. Dla dorosłych był to pewnie jeden z wielu konkursów. Dla dwunastoletniej dziewczynki mały koniec świata. I dziś widzę, że takich momentów w życiu mamy więcej, tylko z czasem uczymy się je ignorować albo racjonalizować.

To był również dzień, w którym schowałam notes do szuflady i postanowiłam, że już nigdy nic nie napiszę.

Ale marzenia gdzieś w nas zostają.

Do tego opowiadania wróciłam dopiero po ponad dwudziestu latach. W środku pandemii, w czasie, który dla wielu osób był momentem zatrzymania, niepewności i przewartościowań, zdecydowałam się wydać książkę.

Z perspektywy czasu dziękuję mamie, że podczas porządków znalazła stary manuskrypt i postanowiła mi go wysłać. Do dziś pamiętam moment, kiedy przewracałam kolejne kartki, a w moich oczach pojawiały się łzy wzruszenia, ale też samopoznania. Ta mała dziewczynka wciąż była we mnie. Jej wartości i przemyślenia nadal pozostawały aktualne, nawet już dla dorosłej mnie.

To byłam po prostu ja.

I wcale nie czułam, że to było „za poważne” jak na dwanaście lat.

Coś podpowiedziało mi, żeby podzielić się tą historią z innymi. Wysyłałam tekst znajomym zarówno tym z dziećmi, jak i tym bez dzieci. Reakcje były podobne. Mówili, że płakali, że czuli emocjonalną więź z Hektorem.

W końcu ktoś zapytał:
„A gdzie można kupić tę książkę?”

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może nadszedł moment, aby ta historia naprawdę stała się książką.

Ale jak? Nie było łatwo. Rozmowy z wydawnictwami, pandemia, brak wiedzy o rynku wydawniczym. Nie chciałam jednak iść na kompromisy. Chciałam, żeby to było naprawdę moje – mój styl, moja jakość, moja historia.

To były miesiące ciężkiej pracy, nauki fachu, szukania ilustratora, drukarni i grafika. Wszystko z nadzieją, że 1 czerwca, na Dzień Dziecka, „Hektor, psia opowieść” ujrzy światło dzienne.

Pamiętam telefon z drukarni na dwa tygodnie przed premierą. Okładka była źle przygotowana pod twardą oprawę. Panika. Mój ilustrator był w Indonezji. Mieliśmy kontakt tylko przez maile. Znów zwątpiłam. Ostatecznie uratował mnie znajomy grafik, z którym kiedyś pracowałam.

I stało się.

Pierwsza książka została wydana.

Na początku myślałam, że to po prostu spełnienie dziecięcego marzenia. Dziś wiem, że było to coś znacznie większego. I wtedy zaczęło dziać się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Historia o psie zaczęła prowadzić mnie w miejsca, których wcześniej nawet nie brałam pod uwagę. Szybko okazało się, że nie jest to wyłącznie historia o psie. To historia o edukacji, ale nie tej rozumianej jako kolejne dyplomy i kierunki studiów. Chodziło o edukację w najbardziej podstawowym znaczeniu: uczenie ciekawości świata, wrażliwości, uważności i empatii.

Bo kiedy dziecko doświadcza takich rzeczy, zaczyna patrzeć na świat inaczej.

Pojawiły się kolejne części książki, a wraz z nimi nowe wyzwania – ten strach czy jako osoba dorosła mogę napisać w tym samym stylu co jako ja dwunastoletnia? Okazało się, że tak. Wrażliwość pozostała. Dojrzała, ale nie zniknęła.

I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że nasze fundamenty rzadko się zmieniają. Dojrzewamy, ewoluujemy, zdobywamy doświadczenie, ale pewne rzeczy zostają z nami na zawsze.

Później przyszła kolejna walka – pot, łzy i, jak to mówię walka z systemem. Świat wydawniczy okazał się bardzo skostniały. Nagle znowu usłyszałam, że „nie pasuję”. Bo ilustracje są zbyt disneyowskie. Bo tematyka jest nietypowa. Bo mówię inaczej. Bo nie wyglądam jak stereotypowa autorka książek dla dzieci.

Ciągłe ściany i ciągłe mury.

Aż w końcu na mojej drodze pojawili się ludzie, którzy uwierzyli we mnie bardziej, niż ja sama wtedy wierzyłam.

Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy polskie organizacje odwracały wzrok albo po prostu nie odpowiadały na wiadomości, a angielska dyrektor Westminster Children’s University powiedziała: „Potrzebujemy więcej Hektora. Ciebie też. Musisz pisać i prowadzić warsztaty. Pomożemy ci.”

Pamiętam, że pomyślałam wtedy: „Naprawdę ja?”

Nagle historia, która przez ponad dwadzieścia lat leżała schowana w szufladzie, zaczęła żyć własnym życiem.

Projekt został objęty patronatem Westminster Children’s University, pojawił się grant i propozycja prowadzenia warsztatów dla dzieci.

I tu pojawił się moment, którego wcześniej się nie spodziewałam. Bo ja się kiedyś bałam dzieci. Nie jestem jeszcze mamą. Bałam się odpowiedzialności, tego, że powiem coś nie tak, że nie będę wiedziała, jak zareagować. Że kogoś zranię albo dzieci mnie po prostu nie polubią.

A jednak ktoś zobaczył we mnie potencjał, którego sama wtedy jeszcze nie dostrzegałam.

Dziś mam za sobą dziesiątki odwiedzonych szkół i bibliotek w Polsce oraz Anglii. Świat Hektora stał się dla mnie czymś znacznie większym niż książką. To przestrzeń, która daje mi ogromną energię i poczucie sensu.

Rozmowy z dziećmi, obserwowanie ich, słuchanie ich historii i świadomość, że moje słowa mogą realnie wpłynąć na czyjeś życie. Tego nie da się przeliczyć na nic.

Czasem myślę sobie: może właśnie siedzi przede mną przyszły naukowiec, polityk, artysta albo noblista. Może własnie dziś on lub ona jest tą 12-letnią Renatką, której mam szansę podać skrzydla, pomóc uwierzyć w siebie lub dostrzec swój potencjał. I chyba właśnie dlatego tak bardzo kocham tę swoją misję szerzenia empatii i krytycznego myślenia.

Nie było łatwo i nadal nie jest. Proces wydania książki trwał prawie rok. Musiałam nauczyć się wszystkiego od zera – od realiów rynku po kwestie techniczne. Ale to był dopiero początek tego co miało być dalej i kim jestem dziś.

W pewnym momencie założyłam własne wydawnictwo, żeby mieć wpływ na jakość i formę tego, co tworzę. Później pojawiło się kolejne pytanie: co dalej?

I wtedy zaczęła się następna historia.

Założyłam firmę Kamreno, początkowo tylko po to, żeby zająć się marketingiem książki. Na start miałam około tysiąca funtów i jedenaście miesięcy bez pracy. Ale czułam, że właśnie teraz jest ten moment, bo od zawsze chciałam stworzyć coś swojego.

Dziś Kamreno działa jako butikowa agencja współpracująca z klientami, których kiedyś nawet nie brałam pod uwagę. Mentoruję, pracuję z ludźmi nad kierunkiem ich działań, stworzyłam własny Business Social Club – przestrzeń spotkań ludzi o podobnym spojrzeniu na życie i pracę.

I mam poczucie, że to wciąż nie koniec tej drogi.

Często słyszę pytanie, czy w ogóle śpię. Śpię. Ale mam też coś, co daje mi energię do działania.

Bo robienie rzeczy, które mają dla nas sens, działa inaczej niż wszystko inne.

Czy jest łatwo? Nie. Czasami bywa naprawdę trudno, szczególnie kiedy człowiek próbuje budować coś od zera w obcym kraju i jednocześnie walczy z własnymi wątpliwościami. Przeszłam przez wypalenie, momenty depresji i poczucie całkowitego dna.

Ale po każdym upadku można się podnieść. Z ranami, bliznami i siniakami, ale można.

Bo życie jest tylko jedno. Nawet kiedy świat chwilowo się wali, nadal istnieją powody, żeby się uśmiechnąć i być wdzięcznym za to, co już mamy albo co udało nam się osiągnąć.

Bardzo łatwo oceniamy siebie i innych, marginalizując własne osiągnięcia. Tymczasem nasze życie dla kogoś innego może być spełnieniem marzeń.

Dlatego coraz częściej zadaję sobie inne pytanie: czy naprawdę chodzi o to, żeby było łatwo?

Mieszkałam w Danii, Hiszpanii, dziś Anglia jest moim drugim domem po Polsce. Studiowałam za granicą, czasami zaczynając od zera, nawet bez znajomości języka. Od dziecka ciężko pracowałam i chwytałam się różnych zajęć – od hostessy i tłumaczeń na targach po pracę w hotelu, sprzątanie czy sprzedawanie atlasów samochodowych na parkingach.

Często działałam wbrew temu, co słyszałam od innych. Często „pod wiatr”. Ale zawsze szłam dalej.

Bo jest jedno zdanie, które wraca do mnie od lat i które powtarzam sobie nawet przez łzy:
Everything will be fine.

I może właśnie o to chodzi. Największą przeszkodą bardzo rzadko są okoliczności. Najczęściej jest nią moment, w którym sami uznajemy, że już za późno. Że nie damy rady. Że jesteśmy za słabi.

Dlatego jeśli jest coś, o czym myślisz od lat, ale odkładasz to „na kiedyś”…

Może właśnie teraz jest to „kiedyś”.


Renata Kamińska

Pisarka, edukatorka i polsko-brytyjska przedsiębiorczyni mieszkająca w Londynie. Autorka międzynarodowej serii książek dla dzieci „Hector & Friends”, czytanej w ponad 16 krajach na 5 kontynentach. Tworzy projekty, które łączą empatię, krytyczne myślenie i bezpieczeństwo dzieci w świecie cyfrowym. Laureatka tytułu Przedsiębiorcy Roku Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii Przedsiębiorca Społeczny.