Dewajstis

Dewajstis

29 czerwca, 2026 Wyłączono przez Redakcja

 Emigrant tęskniący za ojczyzną niejednokrotnie pisze dzieła przepełnione nostalgią, ale zarazem piękne. Piosenkarz disco polo tęskniący za dziewczyną, przez którą został porzucony, nie wspina się co prawda na wyżyny sztuki, ale i w tym przypadku tęsknota jest wyzwalaczem emocji. W takim ujęciu ta sama motywacja łączy sonety Petrarki do Laury żywej i umarłej oraz piosenki śpiewane cienkim głosem przy akompaniamencie dźwięków syntetyzatora. Poczucie braku wydaje się potężną siłą uruchamiającą artystów różnych epok i stylów. Może to tłumaczy, dlaczego w kolejnym tekście wracam do tego samego tematu – po raz kolejny rzecz będzie o pieniądzach, ale by nie skupiać się jedynie na podłej mamonie, sięgnę i po inne, bardziej ciekawe i wzniosłe wątki.

W literaturze, tak jak w innych dziedzinach sztuki, bardzo ważne jest zrozumienie wpływu na odbiorcę zarówno treści, jak i formy. Zaburzenie tego balansu bywa przyczynkiem do niemałego zamieszania – bywa, że dzieło ma nieść treści wzniosłe i piękne, a forma nie potrafi wejść na ten poziom. To przypadek, gdy twórcom poruszającym poważne sprawy brakuje warsztatu. Zdarza się też, że – mimo umiejętności – brak im bożej iskry czy szczypty geniuszu, która pozwoliłaby połączyć formę z treścią. Bywa i odwrotnie – sprawom błahym, a może nawet i szkodliwym nadaje się formę, którą ludzie odruchowo łączą ze sztuką wyższą. Jak w wielu dziedzinach życia, i te prawidłowości działają na zasadzie spektrum, nie można ich brać zero-jedynkowo. To zwykle jakiś rodzaj proporcji, wyważenia treści i formy. Już podstawowe odruchy kulturalne mogą wywołać wrażenie, że ma się do czynienia z czymś wzniosłym. Może dlatego jednak o gustach należy dyskutować, by odbiorca nie zrównywał symfonii z popularną piosenką w orkiestrowej aranżacji. Nie zawsze bowiem łatwo rozpoznać niespójność formy z treścią, jak choćby w przypadku pornograficznej XIII księgi Pana Tadeusza, której autorowi nie sposób odmówić sprawności w posługiwaniu się rymami. Ale to w żaden sposób nie zbliża satyry do epopei narodowej. Brak w niej – zestawionej z formą – treści.

Wracając jednak do poważnej literatury, trzeba w niej odpowiednio dostroić oba instrumenty: formę i treść, by potrafiły należycie odegrać napisane dzieło. Zadanie to trudne, czasami pisarz musi czekać latami, by publiczność ochłonęła z pierwszego wrażenia i doceniła kompozycję. Przywołany już „Pan Tadeusz” nie podobał się początkowo Norwidowi – dostrzegł w nim kunszt poety, ale wykorzystany do opisywania banałów. „Pan Tadeusz” – ulubiony i słynny poemat narodowy – w którym jedyną poważną i serio figurą jest Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę… Kobiet w tym arcytworze narodowym dwie: jedna – metresa petersburska, druga – panienka pensjonarka, i wyrostek bez wyrobionego profilu. Tła mistrzowskie, pejzaże wyższe od Ruysdaela. Oto Pan Tadeusz! Poemat pejzażysty i satyryka” – pisał początkowo wieszcz o wieszczu. Podobna nieufność – czy wręcz zarzuty – dotyczące twórczości nie są jedynie sprawkami między polskimi poetami. Również prozaik potrafił być krytykiem prozaika, dość przywołać Prusa i jego recenzję „Ogniem i mieczem”, w której wskazywał karykaturalne sylwetki bohaterów. Trylogia Sienkiewicza jednak „przyjęła” się wśród Polaków – pomimo, a może właśnie dzięki formie, którą pisarz nadał swojej prozie. Do dziś zresztą podnoszone są podobne zarzuty, strzały celne, ale równocześnie – o paradoksie! – chybione. Przecież ta niby-słabość Sienkiewiczowskiej prozy jest jednocześnie jej ogromną, przyciągającą siłą. Jego powieści historyczne mają może i epicki rozmiar, ale w istocie są bajką ubraną w sarmackie szaty I Rzeczpospolitej. Zostając już przy lekturze „Ogniem i mieczem” – mamy Rycerza (Skrzetuski), giermka (Rzędzian), dobrotliwego olbrzyma (Podbipięta) czy księżniczkę (Helena jest kniaziówną). Mało tego – mamy wprost Wiedźmę (Horpyna) i pilnującego Helenę w niewoli karła. Ta bajkowość to zresztą cecha ogólna Sienkiewiczowskiej prozy, ale forma pozwalała mu nanosić na karty powieści coś ważniejszego: treść.

Ta prawidłowość nie jest przypisana jedynie Sienkiewiczowi, ale to właśnie on odcisnął w historii polskiej literatury swoje bardzo charakterystyczne piętno. A niemal współczesną mu autorkę, w której powieściach dopatrzono się podobnych zabiegów, nazwano – nomen omen – Sienkiewiczem w spódnicy. Maria Rodziewiczówna, bo o niej mowa, nie jest dziś tak znana jak noblista, ale i ona dorobiła się stałego miejsca w historii polskiej literatury. Jej książki nie są powieściami historycznymi – Rodziewiczówna skupiała się raczej na pozytywistycznym przesłaniu, opisie ziemiańskiego życia w czasach jej współczesnych. Oprócz tematyki książek, większą różnicę stanowi ścieżka obu twórców. Sienkiewicz to pisarz per se – człowiek pióra, jeden z nielicznych pisarzy, którzy odnosili wymierne sukcesy już za życia, i to zarówno literackie, jak i finansowe. Rodziewiczówna pisała obok codziennych obowiązków właścicielki majątku ziemskiego. Co ważne, właścicielki aktywnie zarządzającej majątkiem. Do końca życia nie wyszła za mąż, podkreślając swój stan dawną formą odmiany nazwiska, z końcówką -ówna. Nosiła się raczej „po męsku” – na przykład rezygnując z długich włosów – a zarząd prowadziła, według zachowanych relacji, twardą ręką. Cechy te nie są tylko formą skróconej notki biograficznej – przytoczone fakty rzucą odpowiednie światło na twórczość Rodziewiczówny i przesłanie jej powieści. Innymi słowy: na ich treść.

Warto przyjrzeć się formie jej książek, bo prawdopodobnie stąd biorą się jej porównania do Sienkiewicza. Ostatnimi tygodniami sięgnąłem po jej najsłynniejszą powieść – Dewajtis. I zachwyciłem się, przepadłem na kilkanaście godzin tak jak niejeden w naszej historii przepadł w lekturze „Trylogii”. Czytałem bajkę tak samo przejęty jak dziecko. W bajce tej postacie są wyraźnie dobre i złe. Jest dąb, tytułowy Dewajtis, drzewo niemal dosłownie magiczne. Jest pozytywny bohater – biedny i pracowity – zła macocha z przyrodnim rodzeństwem, i księżniczka (w postaci spadkobierczyni administrowanego przez bohatera folwarku). A całość kończy się tak, jak na bajkę przystało. Uczciwy, pracowity i dobry bohater zyskuje rękę „księżniczki” i „królestwo” – które u Rodziewiczówny przybrały formę nowoczesną: dziedziczki i majątku ziemskiego. Morały nie są prezentowane czytelnikowi wprost , ale są wpychane na siłę do gardła niczym pasza w gęś. Jednym słowem – zachwycająca bajka dla dorosłych, którzy mogą bezkarnie sięgnąć po ten gatunek ukryty w formie pozytywistycznej powieści.

Tyle o formie. A treść? Tu już poważniej. Rodziewiczówna i Sienkiewicz wiedzieli, co robią, i ich celem bynajmniej nie było pisanie opowiastek dla tęskniących za dzieciństwem czterdziestolatków. Pisarka i pisarz potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, które przysparza trudności początkującym gryzipiórkom. Choć jest to pytanie trudne, jest jednak zasadnicze i brzmi: dla kogo piszę? Rodziewiczówna i Sienkiewicz wiedzieli, oboje mieli tę samą grupę docelową, którą dziś nazwalibyśmy klasą średnią. Co należy podkreślić, była to klasa średnia w pełnym znaczeniu: ludzie posiadający zarówno majątek, jak i odpowiednie obycie kulturowe. Czytelnik obojga pisarzy mieszkał najczęściej w dworku, posiadał majątek i biblioteczkę; jego dzieci uczyły się klasyki i gry na instrumentach, a później kształciły się na europejskich uniwersytetach. Ludzie ci zamieszkiwali trzy państwa na wielkim terenie dawnej I Rzeczpospolitej. Mówili po polsku i nadal przechowywali pamięć o państwowym dziedzictwie unii Polski z Litwą. Nie wiem, czy Sienkiewicz robił „badania rynkowe” przed napisaniem Trylogii, ale na pewno wyczuł zapotrzebowanie na powieści, które wyszły spod jego ręki. Rozbudził w czytelnikach obraz i tęsknotę za potęgą, którą tworzyli ich przodkowie. Obraz zapewne już wątły po długich dekadach bez Polski na mapie i po klęskach powstań. Forma mogła być naiwna i bajkowa, ale w gruncie rzeczy chodziło o treść, którą sam Sienkiewicz określił jako „pokrzepienie serc”. Jak ważne było to zadanie i jak świetnie zrealizował je pisarz, świadczy reakcja czytelników i nieśmiertelność „Trylogii”, dzieło przeszło nie tylko próbę czasu, ale trafiło do wszystkich warstw społecznych. „Trylogię” czytano wszędzie, nie tylko w dworkach. Magia Sienkiewiczowskiej bajki trafiała do chłopa, robotnika, każdego, kto sięgnął po tę mistrzowsko poprowadzoną opowieść. A skutek był interesujący: cały naród stał się dziedzicem jego opowieści. Skrzetuski, Kmicic, Wołodyjowski stali się bohaterami narodowymi, wrośnięci w naszą kulturę niczym ludzie z krwi i kości. Co ważne, tradycja nadal żywa, wciąż rezonująca w Polakach. „W więzieniu historia Kmicica zryła mi beret” – powiedział w wywiadzie, już po wyroku, bokser Artur Szpilka, który w celi sięgnął po „Potop”. Nie ma wiele przesady w stwierdzeniu, że nasz naród tworzyli pisarze. Zgodnie z marzeniem Mickiewicza, ich „księgi trafiły pod strzechy”. Nie tylko trafiły, ale znalazły swoje wyróżnione miejsce na półkach. Ale co najważniejsze, spełniły swoją misję z nawiązką, nie tylko bawiły, ale – jak w przypadku Sienkiewicza – uczyły i wychowywały.

Rodziewiczówna również pisała do określonej grupy społecznej. W jej przypadku jednak sprawy poruszane w powieściach były współczesne czytelnikom. Nie oznacza to, że były mniej ważne. W pewnym sensie twórcy się uzupełniali. Nie da się żyć tylko historią, a skupienie się wyłącznie na współczesności odbiera życiu wiele sensu. Opisanie codzienności w „bajkowej” formie posłużyło Rodziewiczównie do sformułowania manifestu dla współczesnych. Po odsłonięciu kilku warstw fabuły okazuje się, że jest to opowieść o zarządzaniu majątkiem. Główny bohater, choć do rdzenia szlachetny i uczciwy, pomnaża pieniądze i swój stan posiadania, skupuje ziemię, bierze dzierżawy, rozumie kredyt i odsetki. To sprawny zarządzający – skrzywdzony w testamencie – trzyma w ręku skromny spadek i nie tylko dorabia się pracą i zmysłem menedżerskim, ale przejmuje zadłużoną przez przyrodniego brata ojcowiznę. Na koniec zyskuje wniesiony w posagu folwark, do którego zarządu został zobowiązany przez umierającego ojca, aż do powrotu prawowitego właściciela. To drugie dno bajki jest wiarygodne na kartach powieści Rodziewiczówny, pisarka doskonale znała podobne realia. Sama trzymała pieczę nad majątkami ziemskimi, znała od podszewki pojęcie pieniądza, kredytu, dzierżawy, odsetek, handlu, własności. I doskonale rozumiała, jak ważne to czynniki dla podtrzymania tożsamości narodowej. W zasadzie jest to rodzaj sprzężenia zwrotnego. Sienkiewicz, by pisać, potrzebował odbiorców, a ci z kolei, by kupować jego książki, musieli dysponować środkami. A obok jego książek kolejne – o historii, o ekonomii, o filozofii, o polityce etc. A najlepiej, jeżeli obok książek czytali też gazety, słuchali koncertów, zwiedzali świat. Rodziewiczówna również wiedziała lub czuła, że bez pieniędzy nie da się zachować kulturalnej i patriotycznej tkanki narodu na samych piosenkach ludowych czy legendach o smokach. Szczęśliwie dla obu pisarzy ta polska klasa średnia, posiadająca pieniądze i poczucie kulturowej tożsamości, istniała pomimo braku państwa i była zainteresowana ich ofertą.

Sienkiewicz może być niedoścignionym wzorem dla każdego pisarza. Nie tylko ze względu na Nobla i nie tylko dlatego, że już za życia osiągnął sukces. Był pisarzem, który umiejętnie połączył formę i treść z misją „pokrzepienia serc” – i udało mu się to na tyle, że najprawdopodobniej przerosło jego oczekiwania. Niejeden pewnie oddałby sukces komercyjny za miejsce w pamięci potomnych, za ten rodzaj nieśmiertelności, o której śnili już starożytni. Exegi monumentum… napisał Horacy, świadomy wielkości swej poezji. Biedny starożytny rzemieślnik Herostratos spalił świątynię Artemidy, stawiając ponad karę śmierci nadzieję, że jego imię zostanie zapamiętane. Udało mu się to pomimo starań ludzi, którzy chcieli wymazać go z ludzkiej pamięci, mszcząc się w ten sposób za zbrodnię. „Pan nas uczyniłeś Polakami” – mawiali chłopi do Sienkiewicza, który w takich chwilach musiał czuć się spełniony nie tylko jako pisarz, ale jako twórca. I to twórca nie tylko literatury, ale także współtwórca narodu. Doceniony już za życia pisarz osiągnął spełnienie na każdym możliwym polu. Poczytny pisarz w kraju i za granicą, laureat nagrody Nobla, a nade wszystko pisarz, który wypełnił swą misję względem narodu.

Rodziewiczówna znajduje się co najmniej kilka stopni niżej niż ścisły polski panteon pisarzy, którzy piórem wyryli głębokie ślady na narodowej duszy. Niemniej jednak jej powieści są wznawiane do dziś. I przede wszystkim jeszcze czytane, co wyróżnia ją spośród tysięcy zapomnianych pisarzy. Jednak łączy ją z Sienkiewiczem inny element. Jest nim zauważalna u obojga chęć przekazania czegoś więcej niż sama forma. Jeśli w obu przypadkach można dostrzec w powieściach bajki, to równolegle w treści wybrzmiewa podobna nuta – wskazanie Polakom pewnych wytycznych, by nie pisać „ideałów”. Sienkiewicz sięgnął do historii, by pokazać archetypy, które mogą inspirować po dziś dzień – jak u Artura Szpilki „ryć beret” – ale za tym kolokwialnym określeniem kryje się przecież wprost wypowiedziana inspiracja do odpowiedzialnego i honorowego życia. Rodziewiczówna pokazała modelowy przykład dorabiania się uczciwą i systematyczną pracą. W tym ujęciu zarzut o „bajkowość” traci swoją moc – bo jak mówił Chesterton: „bajki nie opowiadają o tym, że istnieją smoki, ale o tym, że smoki można pokonać”.

Od czasów Trylogii i „Dewajtisa” dzieli nas wiele. Nie chodzi tylko o upływ czasu – ludzkość zobaczyła w tym okresie tak wiele przemian i prądów myślowych, że przełom XIX i XX wieku może przypominać współczesnym prehistorię. Wśród tych zmian widać erozję pozycji pisarza, ale i samego etosu pisania. Pisarz dziś to dostarczyciel rozrywki, naukowiec, publicysta. Rzadko, jeżeli w ogóle, postrzega się go jako osobę z przesłaniem. Sami pisarze raczej do tej roli nie aspirują – a być może i dziś potrzebna byłaby osobowość na miarę – jeśli nie Sienkiewicza, to przynajmniej Rodziewiczówny.

Nie oznacza to wcale, że ludzie posługujący się piórem nie widzą zmian społecznych.„Rewolucja ambicji” to tytuł wydanej niedawno w Polsce książki autorstwa Jakuba Dymka. Ciekawa publicystyka opisująca przemianę Polski w ostatnich trzydziestu latach – z uzasadnioną tezą, że transformacja ustrojowa jest już w pełni za nami. Książka opisuje to zjawisko i współczesną polską klasę średnią, która dorobiła się stanu posiadania porównywalnego z krajami zachodnimi. W zasadzie to nie teza, a fakt – Jakub Dymek pokazuje wzbierające powoli wymagania Polaków wobec klasy politycznej dotyczące dalszego rozwoju. W dużym uproszczeniu można rzec, że zmuszeni sytuacją ekonomiczną i pobrexitową rzeczywistością Brytyjczycy wyprzedają letniskowe domy w Hiszpanii, które wykupują masowo Polacy. Jednocześnie sam dom na Costa Brava nie zaspokaja polskich ambicji. Są one powiązane z chęcią zobaczenia dowodów na skok cywilizacyjny – elektrownię atomową, polskie technologie, duże lotnisko itd. I w tym otoczeniu aż prosiłoby się o powieść z inną ambicją – nakreślenie ram patriotyzmu i polskości w nowych realiach.

Być może mamy narodowe złudzenie, że są to pojęcia nieprzystające, za ojczyznę się jedynie cierpi, a majątek może być co najwyżej odebrany lub zniszczony. Ale takie wrośnięte w polską duszę przekonanie tym mocniej domaga się kogoś, kto wyrwie je razem z korzeniami i pokaże alternatywę. Rodziewiczówna, chociaż nie osiągnęła takiego miejsca w historii jak Sienkiewicz, jest jednak dowodem, że nie byłaby to pierwsza próba i można napisać powieść o dorabianiu się. Jej dzieła są jednak osadzone w innych realiach i dzisiejsze domagały by się nowego ujęcia.

Społeczeństwo nie jest już napędzane jedynie chęcią dorobku – stało się okrzepłe i odczuwa apetyt na więcej. Zasługuje więc co najmniej na próbę pokazania mu wizji samego siebie – z propozycją drogowskazu, by imponujący przeskok ostatnich lat nie został skonsumowany jedynie na rozrywkach i błyskotkach. Widoczna dla wielu publicystów rewolucja ambicji co najmniej nieśmiało sugeruje potrzebę podobnego dzieła – spisania nowego archetypu, pokazania bohatera, z którym Polak – już po transformacji, ale ją pamiętający – mógłby się utożsamić. Kto wie, czy podobnego, nowoczesnego pisarza z wizją nie potrzebuje też emigracja. Liczba polskich rodzin żyjących w samej Wielkiej Brytanii sięga już setek tysięcy. To już może stanowić odczuwalną siłę – zwłaszcza gdyby pomnożyć ją przez odpowiedni stan posiadania. Trzymany w rękach Polonii majątek, zauważalny w skali kraju, zaczynałby mieć odpowiedni ciężar polityczny. Ale i tutaj potrzebny byłby nakreślony etos czy ambicja roli i misji Polaka na emigracji. Zadanie to niewymownie trudne, choćby dlatego, że coraz mniej osób czyta. Jeśli jednak przyjąć logikę Sienkiewicza czy Rodziewiczówny, docelowa grupa mogłaby sobie pozwolić na czytanie. Dosłownie – kupując książki, i w przenośni – mając potrzebę rozrywki i rozwoju szerszą niż najprostsza współczesna oferta. I w końcu, nawet jeśli niewiele osób czyta, to przecież każdy pisze… Może z tej masy wyłoni się pisarz mający zarówno potrzebę napisania czegoś wielkiego, szeroką wizję jak i odpowiedni do tego talent. Ktoś, kto nie wystraszy się stawki i połączy formę z treścią. Ja na takiego czekam.


Andrzej Smoleń

Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.