Tylko Marillion
12 października, 2026Nie jestem w stanie policzyć, ile już razy uczestniczyłem w widowisku muzycznym zwykle zwanym koncertem Marillion.
Od razu na wstępie chcę powiedzieć, że nie będę obiektywny w ocenie show grupy, które odbyło się 02.10.2026 w londyńskim Hammersmith Apollo. Kompozycje zespołu zawsze trafiały mnie prosto w serce i poruszały we mnie szerokie spektrum emocji, a jak wiadomo – człowiek pod wpływem emocji nie myśli i nie działa racjonalne, a tym bardziej nie jest obiektywny w ocenie tego co się wokół niego dzieje.
Od ponad 35 lat śledzę działalność Marillion. Wyczekuję kolejnych albumów i koncertów i cały czas cieszę się ich dotychczasowym dorobkiem. Twórczość grupy na przestrzeni lat zmieniała się, ale niezależnie w jakim kierunku te zmiany szły, zawsze były spowodowanie chęcią ciągłego rozwijania się i trzymały wysoki artystyczny poziom. Członków grupy nigdy nie interesowało odcinanie kuponów od największych sukcesów komercyjnych. Zespół zawsze wolał iść swoją własną drogą, niezależnie od zmieniających się mód i upodobań muzycznych i może właśnie dlatego w swojej karierze doświadczyła oprócz wielkich sukcesów także momentów trudnych.
Pierwszym z kryzysów było odejście wokalisty, z którym zespoł podbił listy przebojów w latach 80. Wszyscy pamiętamy Fisha i przebój „Kayleigh”. Kiedy znaleziono godnego następcę, z którym nagrano kolejne piękne albumy okazało się, że muzycy postanowili zerwać nie układającą się od dłuższego czasu współpracę z wytwórnią fonograficzną – ówczesnym gigantem w tej branży – koncernem EMI. Rozstanie w latach 90. z wielką wytwórnią dało jej wolność artystyczną, ale razem z nią także odpowiedzialność za prowadzenie swojej kariery samodzielnie.
Zanim grupa ugruntowała swoją pozycję na rynku, musiała zmierzyć się z trudnościami wynikającymi ze zmian, jakie pod koniec lat 90. zachodziły w całej branży muzycznej. Dzisiaj, z perspektywy prawie trzech dekad widać, że zespół znakomicie sobie poradził ze wszystkimi problemami. Nie dość, że działa bez przerwy od swojego powstania w 1983 roku, to artystyczne wzbija się na swoje wyżyny.
Można to też zauważyć po samych koncertach.
Na przełomie wieków, kiedy grupa niejako rozpoczynała swoją karierę na nowo, jej koncerty miały wizualnie skromniejszą oprawę. Zaznaczam, że mówię tu tylko o stronie wizualnej: oświetleniu, efektach laserowych i innych aspektach technicznych. Muzycznie – instrumentaliści zawsze byli doskonali.
Obecnie, a miałem tego dowód drugiego października, efekty świetlne dorównywały poziomem muzyce, a całość robiła oszałamiające wrażenie porównywalne z pamiętnymi koncertami Pink Floyd.
Zespół za sprawą tekstów swojego wokalisty i frontmana – Steve Hogartha, był zaangażowany w sprawy polityczo-społeczne. Jakże więc wymowne było rozpoczęcie koncertu utworem „Gaza” z albumu „Sounds That Can’t Be Made” z 2012 roku. Muszę przyznać, że zauważyłem pewne niedociągnięcia wokalne Hogartha w tym wykonaniu, ale widocznie artysta potrzebował czasu by się rozśpiewać, ponieważ później było już tylko lepiej. Poza tym, londyńskie koncerty pierwszego i drugiego października, były jednymi z ostatnich trasy po Wielkiej Brytanii, więc mogło się tu już odezwać zmęczenie aparatu głosowego po serii występów na żywo. Show trwał ponad 2 godziny, a mnie najbardziej ucieszyły przepiękne wykonania moich ukochanych utworów, czyli ” You’re Gone” czy „Hotel Hobbies” – zaskakująco przechodzący w magiczny „Afraid of Sunlight”. Kolejny komentarz polityczny to „Care”. Potem przyszła kolej na niesamowicie zagrane i zaśpiewane z towarzyszącym zespołowi chórem Flowing Chords z Rzymu,
folkowo-rockowe „Easter”. Oczywiście, do zespołu i chóru dołączyła także publiczność więc tutaj Hogarth nie miał zbyt wiele pracy oprócz dyrygowania kilkoma tysiącami gardeł.
„The Space” to już było emocjonalne bombardowanie dźwiękami. I znów – niemały udział miał w tym chór. Ten utwór z całego repertuaru owego wieczora chyba najbardziej mnie poruszył. Jego dramatyzm już wersji albumowej robił niesamowite wrażenie, a wykonanie na żywo niemalże przygniotło ciężarem emocji.
Ileż obrazów potrafi malować muzyka, ile różnorodnych pejzaży potrafi przed nami roztoczyć! Od lekkiego, letniego dnia, którego blask spływa na łąki i łany zbóż, po mroczną, jesienną zawieruchę snującą się po wzgórzach. Ileż talentu i wrażliwości potrzeba, aby stworzyć coś tak pięknego! A odbiorca – słuchacz – musi jedynie w pełni oddać się muzyce.
„Living in Fear”, „Go”, a potem symfoniczne „The Great Escape” – to klimaty, jakie potrafi stworzyć tylko Marillion. Nostalgia, tęsknota, melancholia – te uczucia doskonale potrafi opisać swoim śpiewem Hogarth, a na swoich instrumentach potrafią je wygrać pozostali członkowie zespołu. A „Wielka Ucieczka” z płyty „Brave” to chyba najpiękniejszy utwór w całej karierze zespołu.
Na bis był „The Release”, którego nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo, więc był dla mnie niemałą niespodzianką. Dodam, że ten utwór to trochę ewenement, ponieważ nigdy nie znalazł się na żadnej regularnej płycie zespołu, a doskonale sprawdza się na koncertach. Wspaniałym efektem dopełniającym wykonanie tej piosenki był deszcz confetti spadający na publiczność spod sklepienia hali Apollo.
Zakończenie to znów wspólne wykonanie z chórem piosenki „Man of a 1000 Faces”- doskonały zabieg na pożegnanie fanów. Potem były już tylko kilkuminutowe owacje na stojąco. Zresztą, takie brawa na stojąco były niemalże po każdym utworze, których tego wieczora było oczywiście o wiele więcej niż wymieniłem powyżej. Miało się wrażenie, że zachwycona publiczność jakby bez swojej woli, jak w transie, niesiona jeszcze dawką uczuć zawartych w muzyce, spontanicznie wstaje i bije brawo.
43 lata kariery, 20 albumów studyjnych do tego kilka albumów kompilacyjnych. Wiele krążków koncertowych, niezliczona ilość koncertów na całym świecie i wielki wpływ twórczości grupy na rock progresywny lat 80. i 90. aż do dzisiaj. Od prawie 30 lat zespół kierujący swoją karierą samodzielnie pod skrzydłami swojej własnej, niezależnej wytwórni. Zespół posiadający tysiące, jeżeli nie miliony fanów na całym świecie i cieszący się statusem kultowego. Do tego dodam jeszcze, działający nieprzerwanie w niezmienionym składzie od 37 lat. Mało jest grup muzycznych na świecie szczycących się takim dorobkiem i oddaniem fanów. Mało jest grup rockowych na świecie, tak oddanych muzyce i fanom, jak Marillion.
Jeżeli chcielibyście się przekonać sami jak wyjątkowe widowiska muzyczne tworzy grupa, można się wybrać na któryś z europejskich koncertów, ponieważ Hogarth i spółka cały czas są w trasie a w kwietniu przyszłego roku zawitają nawet do Polski.
Autorzy zdjęć: Jacek Raputa, Andrzej Sawicki
















Jacek Raputa
pochodzę z Liszek pod Krakowem a Londyńczykiem jestem od kilkunastu lat. Jestem też mężem, ojcem, muzykiem, poetą i budowlańcem. Lubię naturę i dobrą literaturę.A w piosenkach które tworzę łącze to co kocham najbardziej czyli muzykę i słowa. Dzięki muzyce emocje przenoszą nas w inne wymiary a dzięki słowom rozwijamy się i wzrastamy.


