O pisarstwie słów kilka
9 października, 2026Napisany do „Nienasycenia” wstęp Witkacy zaczyna słowami: „Nie wchodząc w kwestię, czy powieść jest dziełem sztuki, czy nie — (dla mnie, nie) — poruszyć chcę problem stosunku powieściopisarza do jego życia i otoczenia.” Następnie przechodzi do rozważań o treści i formie w kontekście powieściopisarstwa, co już samo w sobie jest dryfem w stronę uznania powieści za sztukę. Nie o tym tu jednak będzie mowa. Rozważania podobne mają taki problem, że siłą rzeczy próbują złapać sedno spraw nieuchwytnych. Zresztą nawet odmawiając powieściom prawa do bycia sztuką, pozostaje też zagadnienie szersze, tzn. pojęcia literatury, a sam Witkacy używa tego sformułowania zamiennie z powieścią. Biorąc za przykład Homera (przyjmując, że istniał jeden autor starożytnych eposów), którego co prawda trudno nazwać powieściopisarzem, ale jego dzieła to absolutny kanon literacki. Czy dzieła sztuki? Podjąć się prób odpowiedzi nie potrafię, brak mi pewnie nawet odpowiedniego aparatu pojęciowego, by takie zagadnienia roztrząsać. Z pewnością jednak dzieła kanoniczne mają swoją wagę w światowej kulturze. Dowodem na to choćby kolejne próby w innej dziedzinie być-może-też-sztuki, to jest kinematografia, która chętnie sięga po klasyków, by przepotwarzyć ich na swój obraz i podobieństwo. Dlatego można by pokusić się o stwierdzenie, że zarówno kinematografia, jak i literatura mogą być sztuką. Ale ostatnio nie chcą nią być.
Sam spadek poziomu jest oczywiście wypadkową wielu czynników; trudno winić tu jedynie pojedynczy czynnik. Z pewnością ma tu wielki wpływ spadek zainteresowania zarówno literaturą, jak i filmem. Rozwój nowych technologii, które z założenia opierają się na krótkich bodźcach, powoduje zmianę oczekiwań odbiorcy, który ma trudność ze skupieniem się na odbiorze książki czy seansu. W przypadku czytelnictwa skutki tej zmiany są co najmniej dwa. Po pierwsze, spada liczba ludzi sięgających po cokolwiek dłuższego do czytania niż post w internecie. Statystyki statystykami, ale tu już nawet mowa nie o nieczytaniu książek, ale wprost o niemożności przebrnięcia przez kilkustronicowy artykuł. Ponieważ jeszcze nie pogrzebaliśmy literatury, w agonii walczy ona o czytelników i łapie rozpaczliwe oddechy, próbując dostosować formę do oczekiwań tak, by nie rozciągać opisów i dawać czytelnikowi możliwie jak najwięcej bezpośrednich emocji. To drugi skutek. Ale paradoksem tej sytuacji jest fakt, że liczba wydawanych książek i autorów rośnie niemal proporcjonalnie do tempa spadku liczby czytelników.
Kto tworzy literaturę i zajmuje się pismem? Najprościej rzecz ujmując, jest to pisarz. Ale jednocześnie pisarz nie jest osobą zajmującą się pisaniem. Na poziomie czystej logiki mógłbym uzasadnić, że na komorne, odzienie i strawę zarabiam pisząc. Piszę w pracy raporty, sprawozdania, instrukcje, plany, wnioski, oceny i co tam jeszcze. Ale jest to pisanie wcale nieliterackie i na tym poziomie to raczej zrozumiała granica, którą można postawić między kimś, kto używa pisma praktycznie, a pisarzem. Znów wchodzimy tu w rejony, gdzie jakiekolwiek wnioski będą pochodną definicji, ale jakieś ramy w końcu należy przyjąć. Dlatego proponuję tutaj takie ujęcie pojęcia pisarza (ale takiego przez wielkie „P”), które łączy samo pisanie z takim szerokim odbiorem jego twórczości, który wpływa na otoczenie. Czy to zbyt zawężające? Możliwe, ale w tym właśnie widzę klucz paradoksu, który wcześniej opisałem – mianowicie: przy spadającej liczbie czytelników, „pisarzy” coraz więcej i więcej. Sam wzdrygam się odruchowo, gdy ktoś mnie tak określa; źródło tego oporu jest dokładnie w tym samym punkcie. Nie mam problemu ze słowem „autor”, wszak współnapisanych książek nie mogę się wyprzeć, ale gdy odebrano mi pisarskie kwity, w duchu uznałem, że całkowicie słusznie. To postrzeganie pisarstwa w kategorii zajęcia poważnego jest chyba szczególnie mocne wśród Polaków, a wiąże się to z naszą historią, w której to pisarze tworzyli naród oderwany od państwowych instytucji mogących strzec polskiej kultury. Pisarz to był ktoś, kto tworzył nie tylko czytadła. Wspomnieć tu wystarczy Sienkiewicza, Kraszewskiego czy Mickiewicza, żeby zilustrować wagę zagadnienia.
Widziałem kiedyś wpis na X, gdzie autor dowodził, że technologia zmieniła nas na tyle, że w stosunku do pisarzy należy przyjąć inną definicję, mianowicie: nie brać pod uwagę nieczytanych autorów książek, ale jedynie ludzi mających wpływ na społeczeństwo, na przykład celebrytów komunikujących się z „czytelnikami” choćby w formie krótkich postów. Uzasadnienie tego stwierdzenia było takie samo jak w poprzednim akapicie felietonu – pisarz to ktoś kształtujący pismem rzeczywistość. A że nie jest to poemat, epicka powieść, manifest, esej czy jeszcze inna forma literacka, ale na przykład tweet, no cóż – takie czasy. To jeszcze jednak nie ten moment. Za mocno siedzi w nas poczucie powagi pisarza, a jego dziełem pozostaje nadal książka, co jest wynikiem wielowiekowej formy przechowywania pisma. Nie zwój, nie gliniana tabliczka, nie nawet czytnik elektroniczny – to książka pozostaje tą formą, którą odruchowo łączymy z czymś poważniejszym niż nabazgrana notatka gdzieś na świstku papieru czy wygenerowany przez AI wpis na Facebooku. Przywołani w przykładzie celebryci też to czują i naturalnym momentem celebryckiego cyklu życia jest wydanie swojej książki. Pozwala to fanom danej persony na kupienie czegoś namacalnego, jakiejś fizycznej pamiątki czy artefaktu związanego z guru, a jednocześnie dodaje celebrycie powagi, wszak wydana książka brzmi poważniej niż seria filmików na YouTube.
Można założyć, że nie istnieje pisarstwo bez czytelnictwa, ale w zasadzie te dwie sfery też zaczynają się rozjeżdżać. Nadal jednak mają w swojej istocie coś bardzo podobnego; chodzi tu o pewną powagę, a może należałoby powiedzieć, że postrzegane są jako poważne. Samo czytanie może stać się wyznacznikiem statusu, wręcz snobizmu, i nie dość na tym, bo może nawet powodować wykluczenie, choćby seksualne (pamięta ktoś jeszcze internetową, bezsensowną akcję „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”?). Żarty żartami, ale zbiór książek na półce jednak „coś” oznacza. I stanowi piękne tło, sugerujące co najmniej obycie właściciela. Można by tu przywołać anegdoty z księgarni, gdzie ludzie kupowali „metr tych książek” ze względu na ładne okładki, ale i to powoli odchodzi do lamusa. Można dziś bez problemu kupić same grzbiety, żeby nie obciążać półek – pięknie imitują domową biblioteczkę. A dla ludzi ceniących sobie przestrzeń dostępne są tapety, które przedstawiają widok księgozbioru. A więc czytelnictwo też jeszcze walczy o utrzymanie się na powierzchni, choć czasami w sposób odległy od intuicyjnego.
Skoro fizyczna książka jest tutaj nieodłącznym atrybutem, to ma to swoje skutki i w rozkwicie pisarstwa. Strategie, najogólniej, są dwie. Albo książkę, szczególnie w self-publishingu wydaje się byle jak, z tak rażącymi błędami warsztatowymi, które nawet amator bez problemu zauważy, albo wręcz przeciwnie, to znaczy średniej wartości rzecz przypominać będzie średniowieczną księgę wartą kilka wsi. Forma zależy już od charakteru pisarza, komuś nie zależy na niczym z wyjątkiem tego, by książka powstała, ktoś będzie chciał to swoje dzieło jeszcze bardziej dopieszczać i twardą okładką przykryć miałką zawartość. Oba podejścia mają to samo wyjściowe założenie, intuicyjne rozumienie, że książka to „COŚ”. Tak samo jak to, że pisarz to „KTOŚ”. Dlatego, w moim odczuciu, pisarzy dookoła jest tak wielu, a potrafią się tak też tytułować ludzie, którzy, o ile mi wiadomo, piszą tylko do szuflady. I tak sobie w tym żyjemy, mając jeszcze na dokładkę sztuczną inteligencję, która w zasadzie nie ma ograniczeń twórczych. I nic to, że czytelnictwo spada, tak samo jak nic to, że dzieci jest coraz mniej. Porównanie to zresztą całkiem zgrabne, bo autorów książek dla dzieci jest za to coraz więcej. Na ich miejscu zastanowiłbym się poważnie, czy nie przerzucić się na książki dla seniorów, bo oni wkrótce stanowić będą większość społeczeństwa, a część z nich ma jeszcze odruchy kulturowe. W końcu dużą czcionkę można zostawić, a skoro człowiek z wiekiem dziecinnieje, to i forma przekazu może zostać zachowana. Ale i tak przy zachowaniu trendów nie uratuje nas nic, bo dla kogo ma powstawać przyszła literatura w języku polskim? To być może katastrofa, ale czy na wielką skalę? Przed pismem też istniało życie, po piśmie też pewnie będzie jakoś kontynuowane. Tymczasem mamy okres przejściowy. Bez literatury, z całą rzeszą pisarzy.

Andrzej Smoleń
Autor felietonów i krótkich artykułów historycznych, które nieregularnie ukazywały się w kilku punktach „emigracyjnego” internetu od 2019 roku. Twórca bloga emigraniada.com, który w 2023 przekształcił się w portal publicystyczno-kulturalny. Z zawodu inżynier rozwoju produktu. Mieszkaniec Liverpoolu.

