Nie próbuj być jak oni. Właśnie dlatego wygrywasz

Nie próbuj być jak oni. Właśnie dlatego wygrywasz

22 czerwca, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Kiedy myślę o byciu kobietą, przychodzi mi do głowy jedno pytanie: kim właściwie jest kobieta?

Nie chodzi mi o płeć. Chodzi mi o rolę, tożsamość i oczekiwania, które przez całe życie nakłada na nas świat. Bo kobieta może być jednocześnie liderką, matką, buntowniczką, opiekunką, wojowniczką i marzycielką. A mimo to nieustannie słyszy, jaka powinna być.

Chyba każdy pamięta słynną scenę z filmu Barbie, w której Gloria, grana przez Americę Ferrerę, mówi o niemożliwych do spełnienia oczekiwaniach stawianych kobietom. Masz być ambitna, ale nie za bardzo. Pewna siebie, ale nie arogancka. Silna, ale nie dominująca. Opiekuńcza, ale nie przesadnie emocjonalna. Sukces tej sceny nie wynikał z błyskotliwego scenariusza. Wynikał z tego, że miliony kobiet na całym świecie po prostu się w niej rozpoznały. Ja również, bo kobieta to w moim odczuciu coś więcej niż definicja płci. To pewna reprezentacja społeczna, która przez dziesięciolecia zmieniała się bardziej niż jakakolwiek inna rola. Emancypantka. Feministka. Femme fatale. Matka Polka. Liderka. Rebeliantka. Seksbomba. Płeć piękna. Płeć słaba. Każda epoka tworzyła własną definicję kobiety.

Dziś, patrząc na siebie z dystansu, mam wrażenie, że dopiero od niedawna zaczęłam postrzegać siebie jako kobietę. Wcześniej było mi bliżej do dziewczyny.

Dlaczego?

Bo kobiecość nie wydaje mi się kwestią wieku. Bardziej stanem świadomości. Autorefleksją. Tożsamością. Można być kobietą w ciele dziecka i dziewczynką w ciele dojrzałej kobiety. To nie metryka definiuje kobiecość, ale doświadczenia, które nas kształtują. Myślę, że większość kobiet przyzna, że ich kobiecość ewoluowała przez lata i nadal ewoluuje. Uczymy się przecież przez całe życie. Przynajmniej ja bardzo chciałabym w to wierzyć. Dlatego nie lubię, kiedy ktoś próbuje zamknąć mnie w określonych ramach. A niestety dzieje się to bardzo często. Czasami robi to społeczeństwo. A czasami same sobie to robimy.

Kiedy byłam małą dziewczynką, dość szybko zderzyłam się z tym, że mój tata zawsze marzył o synu. Nie twierdzę, że mnie nie kochał. Wręcz przeciwnie. Dziś jednak widzę, że wychowywał mnie trochę jak chłopca. Nigdy nie kupił mi lalki, za to w mojej kolekcji nie brakowało samochodów, kabelków, torów kolejowych i różnych rzeczy do skręcania. Bawiłam się pociągami i rozkładałam zabawki na części pierwsze. Na szczęście mama równoważyła ten świat sukienkami, misiami i dziewczęcymi dodatkami.

Pamiętam też sytuację z podwórka. Byłam jeszcze mała, kiedy starsza dziewczynka mnie pobiła. Zapłakana pobiegłam do taty po pomoc. Spojrzał na mnie i powiedział:

– Idź jej oddaj.

Według niego przecież „chłopak” powinien umieć się bronić. Na szczęście po mojej stronie stanęła wtedy babcia.

Z drugiej strony naprawdę lubiłam towarzystwo chłopców. Grałam z nimi w piłkę, organizowałam sklepiki, wymyślałam zabawy i zarządzałam grupą kolegów. Podobno organizowałam nawet grupy dzieci biegających po kościele podczas mszy. Tego akurat sama nie pamiętam, ale zdjęcia i relacje rodziców są dość zgodne.

Paradoks polegał na tym, że świetnie odnajdywałam się w świecie chłopców, ale nigdy nie stałam się jednym z nich. Nadal byłam bardzo nieśmiałą i wrażliwą dziewczynką, którą raniły zaczepki rówieśniczek i która szukała akceptacji. Dlatego dziś z uśmiechem myślę, że próba wychowania mnie na chłopca zakończyła się tylko częściowym sukcesem.

Może właśnie dlatego przez większość życia funkcjonowałam trochę pomiędzy światami. Dorastałam w otoczeniu mężczyzn. Do dziś moi najstarsi przyjaciele to głównie mężczyźni. To również mężczyźni wielokrotnie pomogli mi zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Dlaczego o tym mówię? Bo bardzo często słyszę o siostrzeństwie, kobiecej solidarności czy wzajemnym wspieraniu się kobiet.

Tymczasem moje doświadczenia były często zupełnie inne. To nie mężczyźni byli największym wyzwaniem na mojej drodze zawodowej. Najtrudniejsze sytuacje przeżyłam właśnie z innymi kobietami. Nie oznacza to oczywiście, że kobiety są gorsze. Oznacza jedynie, że moje doświadczenia nie zawsze pokrywały się z narracją, którą słyszałam wokół siebie. Być może właśnie dlatego rzadko uczestniczę w wydarzeniach skierowanych wyłącznie do kobiet. Nigdy nie lubiłam podziałów opartych wyłącznie na płci. Znacznie bardziej interesuje mnie człowiek niż jego etykieta.

Przez ponad siedemnaście lat pracowałam głównie w branży technologicznej. Bardzo często byłam jedyną kobietą w pokoju, przy stole konferencyjnym albo na spotkaniu zarządu. I, szczerze mówiąc, nigdy nie uważałam tego za największy problem. Znacznie bardziej zastanawiało mnie coś innego. Obserwowałam, że wiele kobiet więcej energii poświęca na walkę z systemem niż na wykorzystanie własnego potencjału. Bardzo dużo mówi się dziś o dyskryminacji, nierównościach czy szklanym suficie. Nie twierdzę, że te problemy nie istnieją. Wiem, że istnieją, widziałam je, sama ich czasem doświadczyłam. Mam jednak wrażenie, że zbyt rzadko rozmawiamy o naszej sprawczości i o tym, jak ogromne możliwości już posiadamy.

Pracując w dużych organizacjach, zauważyłam coś jeszcze. Panuje pogląd, że kobiety często nie trafiają na najwyższe stanowiska dlatego, że brakuje im kompetencji. Wręcz przeciwnie. Wielokrotnie spotykałam fantastycznie przygotowane specjalistki, które wiedzą, doświadczeniem i zaangażowaniem przewyższały swoich kolegów. Problem często leżał gdzie indziej. Mężczyźni niezwykle rzadko wspinają się po szczeblach kariery samotnie. Budują sieci kontaktów, polecają się nawzajem, wspierają swoich ludzi i tworzą grupy wpływu. Potrafią ze sobą rywalizować, a jednocześnie grać do jednej bramki. Kobiety natomiast bardzo często próbują udowodnić swoją wartość w pojedynkę, jakby musiały zasłużyć na swoje miejsce bardziej niż inni.

Być może właśnie dlatego przez lata obserwowałam kobiety, które próbowały odnosić sukcesy według zasad stworzonych przez mężczyzn. Stawały się coraz twardsze, głośniejsze, bardziej agresywne i odporne. Jakby sukces wymagał porzucenia własnej natury. To oczywiście nie dotyczy wszystkich kobiet. Spotkałam wiele fantastycznych liderek. Ale spotkałam też takie, które traktowały inne kobiety znacznie ostrzej niż swoich męskich współpracowników. Doświadczyłam tego osobiście. I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem same nie utrudniamy sobie drogi bardziej, niż robi to świat wokół nas.

Drugą rzeczą, którą obserwowałam przez lata, był sposób zarządzania. Od zawsze słyszałam, że istnieje styl męski i kobiecy. Męski był przedstawiany jako zdecydowany, stanowczy i skuteczny. Kobiecy jako miękki, emocjonalny i mniej efektywny. Przez wiele lat sama próbowałam funkcjonować według tych pierwszych zasad i obserwowałam kobiety, które próbowały odnosić sukcesy według męskich reguł. Jakby kobieta mogła odnieść sukces dopiero wtedy, gdy stanie się trochę bardziej mężczyzną. Tymczasem największy paradoks polega na tym, że często zaczynamy wygrywać właśnie wtedy, kiedy przestajemy próbować być jak oni.

Pandemia pokazała to bardzo wyraźnie. Nagle okazało się, że zespoły potrzebują nie tylko strategii, planów i kontroli. Potrzebują również zrozumienia, komunikacji i poczucia bezpieczeństwa. Potrzebują lidera, który potrafi zarządzać nie tylko zadaniami, ale również emocjami ludzi. Właśnie wtedy wiele kobiet zaczęło odnosić ogromne sukcesy. Bo empatia nie jest słabością, naiwnością ani pobłażliwością. Jest umiejętnością rozumienia ludzi i dostrzegania tego, czego nie pokazują raporty, tabele czy prezentacje.

Ja sama przez wiele lat uważałam empatię za swoją słabość. Dopiero z czasem zrozumiałam, że była ona jedną z największych przewag, jakie posiadałam jako lider. To dzięki niej potrafiłam budować zespoły, prowadzić trudne projekty i rozumieć ludzi, zanim sami potrafili nazwać to, co czują. Być może właśnie dlatego zdarzało mi się prowadzić projekty, w których czternastu starszych ode mnie mężczyzn słuchało blondynki w czerwonych szpilkach. Nie dlatego, że mówiłam najgłośniej. Nie dlatego, że miałam największe ego. Po prostu wierzyli, że wspólnie osiągniemy cel.

Mówi się czasem, że idealnie byłoby mieć dwadzieścia lat i doświadczenie czterdziestolatki. Coś w tym jest. Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, żałuję tylko jednego. Że kiedy byłam młodą dziewczyną, nikt nie powiedział mi: „Bądź sobą. To wystarczy”.

Zamiast tego bardzo szybko wciągnęłam się w wyścig szczurów. Studia, pierwsza praca, kolejne stanowiska, kolejne awanse i kolejne sukcesy. A pomiędzy nimi coraz większa potrzeba udowadniania światu, że mogę. Że jestem wystarczająco dobra. Że nie jestem gorsza od innych.

I nie chodziło nawet o mężczyzn. Chodziło o wszystkich: o szefów, współpracowników, klientów, ale przede wszystkim o samą siebie. Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że muszę zasłużyć na swoje miejsce. Że sukces trzeba sobie wyszarpać. Że trzeba być szybszym, lepszym, bardziej produktywnym i bardziej odpornym niż inni.

Dziś wiem, że wiele kobiet funkcjonuje dokładnie w ten sam sposób. Są ambitne, odpowiedzialne, świetnie przygotowane i niezwykle pracowite. Jednocześnie są zmęczone ciągłym udowadnianiem swojej wartości. Tak jakby każdy kolejny sukces był tylko biletem do następnego egzaminu.

Przyznam się do czegoś jeszcze. To nie tylko sukces był dla mnie atrakcyjny. Pociągała mnie również sprawczość, możliwość podejmowania decyzji, wpływ na kierunek działań i świadomość, że mogę coś zmienić i mieć realny wpływ na otaczającą mnie rzeczywistość.

Im wyżej jednak wspinałam się po szczeblach kariery, tym częściej zaczynałam zadawać sobie pytanie, czy naprawdę o to mi chodziło. Bo im wyżej byłam, tym robiło się bardziej samotnie. Widziałam rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. Widziałam kobiety płaczące po rozmowach z przełożonymi. Widziałam ludzi siedzących do późnej nocy nad mailami, mimo że ich organizmy od dawna błagały o odpoczynek. Słyszałam historie o relacjach budowanych wyłącznie dla korzyści, o polityce korporacyjnej i grach, które niewiele miały wspólnego z kompetencjami. Widziałam osoby, które z zewnątrz miały wszystko, a w środku były kompletnie wypalone.

I nie mówię tego z pozycji obserwatora. Ja również tam byłam. Przeszłam przez dwa wypalenia zawodowe. Doświadczyłam mobbingu, również na tle rasowym. Były momenty, kiedy naprawdę czułam, że doszłam do ściany. Właśnie wtedy zaczęłam zadawać sobie pytania, których wcześniej unikałam:

Po co właściwie to wszystko robię?

Dla kogo?

Co próbuję udowodnić?

I czy rzeczywiście chcę spędzić resztę życia, wspinając się po drabinie, która być może stoi oparta o niewłaściwą ścianę?

To był jeden z powodów, dla których zdecydowałam się założyć własną firmę. Nie dlatego, że marzyłam o wielkim biznesie czy spektakularnym sukcesie. Chciałam pracować na własnych zasadach, z ludźmi, których szanuję. Tworzyć projekty, które mają dla mnie znaczenie. I być takim liderem, jakiego sama chciałabym spotkać na swojej drodze.

Czy mi się udało? Częściowo tak. Nadal popełniam błędy. Nadal uczę się biznesu. Nadal zdarzają się trudne momenty. Ale po raz pierwszy od wielu lat mam poczucie, że biegnę we właściwym kierunku. Już nie dlatego, że muszę. Dlatego, że chcę. I to robi ogromną różnicę.

Dzisiaj nie walczę już o kolejne stanowisko, większy gabinet czy bardziej imponujący tytuł. Walczę o coś znacznie ważniejszego. O jakość życia. O zdrowie. O relacje. O możliwość robienia rzeczy, które mają sens, bo zrozumiałam coś, czego przez wiele lat nie chciałam dopuścić do siebie. Życie jest ważniejsze niż praca. Marzenia są ważniejsze niż stanowiska. A czas spędzony z ludźmi, których kochamy, jest znacznie cenniejszy niż kolejny wpis w CV.

Największą ironią losu jest to, że dopiero kiedy przestałam gonić za sukcesem za wszelką cenę, zaczęłam go naprawdę doświadczać. Być może właśnie dlatego tak bardzo lubię prowadzić warsztaty dla dzieci, zwłaszcza dla dziewczynek.

Lubię patrzeć, jak odkrywają siebie, jak zaczynają wierzyć, że mogą być dokładnie takie, jakie chcą być. Nie takie, jakimi chce je widzieć szkoła. Nie takie, jakimi chce je widzieć internet. Nie takie, jakimi chce je widzieć społeczeństwo. Po prostu sobą.

Za każdym razem, kiedy stoję przed grupą dzieci, zastanawiam się, kim będą za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat. Może siedzi przede mną przyszła naukowczyni. Może przedsiębiorczyni. Może artystka. Może polityczka. A może dziewczynka, która po prostu będzie chciała przeżyć dobre życie na własnych zasadach. I wiecie co? Każda z tych odpowiedzi jest równie dobra.

Przez lata kobietom próbowano wmówić, że istnieje jeden właściwy sposób na życie. Że trzeba być bardziej ambitną. Bardziej rodzinną. Bardziej opiekuńczą. Bardziej niezależną. Bardziej kobiecą albo mniej kobiecą. Tymczasem największa wolność zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy pytać świat o pozwolenie.

Nie każda kobieta musi być matką. Nie każda kobieta musi lubić sukienki. Nie każda kobieta musi robić karierę. Nie każda kobieta musi prowadzić własną firmę. Nie każda kobieta musi być liderką. I nie każda kobieta musi zastanawiać się, czy jej wybór jest wystarczająco kobiecy albo wystarczająco męski. Ten wybór musi być przede wszystkim jej własny.

Dzisiaj wiem, że największe sukcesy w moim życiu nie przyszły wtedy, kiedy próbowałam udowodnić światu swoją wartość. Przyszły wtedy, kiedy zaczęłam akceptować siebie. Taką, jaka jestem. Z moją wrażliwością. Z moją intuicją. Z moją empatią. Z moją potrzebą budowania relacji.

Przez wiele lat myślałam, że aby wygrać, muszę być bardziej twarda. Bardziej odporna. Bardziej bezwzględna. Bardziej podobna do tych, którzy już siedzieli przy stole. Dzisiaj wiem, że to nie była moja droga. Moja przewaga nigdy nie polegała na tym, że próbowałam być jak oni, a na tym, że byłam sobą. I właśnie to chciałabym powiedzieć każdej dziewczynce, każdej młodej kobiecie i każdej kobiecie, która czasami w siebie wątpi:

Nie pozwól nikomu wmówić sobie, że Twoja empatia jest słabością. Że intuicja jest brakiem profesjonalizmu. Że wrażliwość przeszkadza w osiąganiu sukcesów. Świat przez lata próbował nas przekonać, że aby wygrać, musimy dopasować się do reguł stworzonych przez innych.

Tymczasem największy paradoks polega na tym, że wygrywamy nie wtedy, kiedy stajemy się kimś innym. Wygrywamy wtedy, kiedy mamy odwagę być sobą. I właśnie dlatego nie próbuj być jak oni. Właśnie dlatego wygrywasz.


Renata Kamińska

Pisarka, edukatorka i polsko-brytyjska przedsiębiorczyni mieszkająca w Londynie. Autorka międzynarodowej serii książek dla dzieci „Hector & Friends”, czytanej w ponad 16 krajach na 5 kontynentach. Tworzy projekty, które łączą empatię, krytyczne myślenie i bezpieczeństwo dzieci w świecie cyfrowym. Laureatka tytułu Przedsiębiorcy Roku Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii Przedsiębiorca Społeczny.