Duch Ojca

Duch Ojca

21 maja, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Zespół Dżem to najważniejszy zespół mojej młodości. To na piosenkach tej grupy uczyłem się grać na gitarze. To przy muzyce i tekstach Ryśka i spółki przeżywałem emocjonalne uniesienia i próbowałem zrozumieć świat. To Rysiek Riedel był moim muzycznym, ale też moralnym idolem. To dziwne zważywszy na jego tryb życia i biorąc pod uwagę to, w co ja wierzę dzisiaj. Ale gdy byłem młodym człowiekiem moje spojrzenie na świat było zgoła inne.

Wydawało mi się, że rozumiem egzystencjalny ból Ryśka, jego artystyczny przekaz, romantyzm, dekadentyzm, poczucie wyobcowania i pociąg do używek. Wszystko to wtedy mi imponowało. Był dla mnie prawdziwym, autentycznym, rockowym artystą. Ale właśnie ten autentyzm i rockowy tryb życia go zgubiły.

O oryginalnym wokaliście Dżemu mówiło się, że był ostatnim hippisem. Jego idealizm i bunt przeciwko nieidealnej rzeczywistości bardzo mi się podobały. Niestety Ryśka nie ma już od trzydziestu lat, a i mój światopogląd zmienił się całkowicie. Nie ma go wśród nas – tego jedynego w swoim rodzaju artysty, ale została jego muzyka i nadal istnieje zespół.

Na przestrzeni lat grupa zmieniała się. Tragicznie odszedł kolejny członek z pierwszego składu – Paweł Berger, a wokalistami kolejno byli Jacek Dewódzki i Maciej Balcar. Według mojej opinii obydwu panom daleko było do Ryśka, niemniej trzymali poziom i robili swoją robotę.

Po śmierci Ryśka nie byłem już zagorzałym fanem Dżemu. Może dlatego że nie czułem tej specyficznej prawdy ich muzyki, a może dlatego, że to ja się zmieniłem. Zmieniło się moje myślenie.  Zacząłem chyba dojrzewać, a z tą dojrzałością przychodziła świadomość. Twórczość grupy była autentyczna, a Rysiek jako artysta był sobą, ale patrząc na to jako świadomy pewnych rzeczy w życiu człowiek, wiedziałem, że ta droga prowadzi donikąd. Moja droga prowadziła mnie gdzie indziej. Chciałem siebie budować, a nie poddawać autodestrukcji.

Oczywiście, muzyce starego Dżemu z Riedlem byłem wierny, bo przecież była dla mnie czymś ważnym w pewnym okresie mojego życia. Ciągle jej słuchałem, ale nie utożsamiałem się już z jej przekazem. I właśnie dlatego dzisiaj uważam, że nasz stan emocjonalny decyduje o tym, jaką preferujemy muzykę.

Osoby pogodne i myślące pozytywnie raczej wolą muzykę radosną i optymistyczną natomiast ludzie o mniej pogodnych charakterach a nawet skłonnościach depresyjnych, widzących życie w ciemnych barwach preferują muzykę bardziej melancholijną, czasem mroczną. Oczywiście nie jest to reguła, ale taka zależność bardzo często zgadza się z moimi obserwacjami. Działa to także w drugą stronę, czyli muzyka nastraja nasze emocje i wpływa na postrzeganie świata. Może poprawić nasz nastrój albo zasmucić. Może zmotywować do działania, ale też wprowadzić w stan apatii albo obudzić w nas agresję. Zawsze twierdziłem i aktualnie potwierdza to nauka, że świat zewnętrzny rezonuje z nami przede wszystkim na poziomach energetycznych. Nasz rodzaj wibracji dostraja się do podobnych wibracji w naszym otoczeniu. W tym konkretnym przypadku fale dźwiękowe (muzyka) rezonuje z nami, jeśli energia, którą my wysyłamy ma podobne częstotliwości. Chętnie słuchamy muzyki spokojnej i stonowanej – opowiadającej o bólu, jeśli sami jesteśmy w takim stanie. Słuchając muzyki czerpiemy z niej energię pozytywną lub negatywną. Inaczej mówiąc – nastrajamy się do niskich lub wysokich wibracji. Oczywiście, to bardzo uproszczone spojrzenie, niemniej jak każdy może zauważyć, muzyka ma niebagatelny wpływ na nasze życie.

A wracając do twórczości Dżemu, która w pewnym okresie mojego życia miała bardzo duży wpływ na mnie – ucieszyła mnie wiadomość o dołączeniu do zespołu jako wokalisty Sebastiana Riedla, syna Ryśka.

Historia zatoczyła koło. Schedę po ojcu objął w końcu syn. Tak miało być. Tak musiało się stać zważywszy na to, że Sebastian też zajmował się muzyką i odnosił sukcesy ze swoim zespołem Cree. A w jaki sposób przejął dziedzictwo ojca w Dżemie, można się przekonać słuchając albumu zespołu, który miał premierę na początku 2026 roku.

Dla mnie osobiście to coś więcej niż powrót bandu po piętnastu latach z premierowym albumem. To coś ważniejszego niż zmiana wokalisty w jednej z ulubionych kapel muzycznych mojej młodości. Dla mnie to tchnienie ducha jednego z najwspanialszych wokalistów rockowych w polskiej muzyce. To powrót do muzyki, w której jest ból, smutek, radość, refleksja, emocje i prawda.

O albumie „Sobie Potrzebni” zawierającym 9 piosenek wiele mówi już sam tytuł. Każdą z nich się słucha, nie da się przeoczyć żadnej. Każda przykuwa uwagę. Dzięki tekstom, aranżacjom, graniu z sercem. A większość z nich nie tylko się słucha, lecz słuchając – przeżywa. I o to chodzi w muzyce. Gitara Styczyńskiego nie brzmi – ona śpiewa, łka, woła. To rasowe, bluesowe granie, a Jurka można postawić w jednym rzędzie z B.B. Kingiem i Erickiem Claptonem.

Już kiedyś pisałem, że bardzo lubię brzmienia klasycznych instrumentów, na przykład fortepianu i organów Hammonda. W utworach zespołu nigdy ich nie brakowało.

Tutaj te instrumenty nie tylko grają, ale doskonale przyprawiają to muzyczne danie. Dodają smaczków w odpowiednich miejscach i w odpowiednim czasie. Jest w tym graniu nie tylko serce, ale także intelektualizm. Bo oprócz tego, że trzeba grać z uczuciami to również należałoby grać mądrze. Tak grają muzycy z pasją i doświadczeniem.

A śpiew Sebastiana? Syn Ryśka momentami śpiewa tak, że aż ściska serce. Zresztą, tak samo gra na swojej gitarze Jurek Styczyński. Jest w tym jednym głosie wiele głosów. Jeden przekaz i wiele treści. Jeden obraz i bogactwo kolorów. Oprócz mocnego rockowo-bluesowego śpiewania jest też subtelność. I co mnie najbardziej ujęło – piękno smutku i melancholii. Tak samo śpiewał jego ojciec. Sebastian odziedziczył talent oraz niezwykłą wrażliwość do interpretowania repertuaru liryczno-melancholijnego, czego dowodem są piosenki na płycie: „Mimo wszystko”, „Będzie ci dane”, „Jeszcze”. Ale żeby nie było, że kupuję tylko ballady, mogę śmiało stwierdzić, że utwory „Idzie lepsze”, „Amulet” i „Zanim” to też kawał dobrego rockowego grania na najwyższym poziomie, do jakiego już dawno band przyzwyczaił swoich fanów. Oczywiście, Sebastian w tych kompozycjach także odnajduje się doskonale.

I jeszcze parę słów o tekstach.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu, chcąc się podzielić przyjemnymi wrażeniami zaproponowałem mojej żonie, aby też zapoznała się z tą muzyka. Moja partnerka nie jest aż tak bardzo zakręcona na punkcie muzyki jak ja, więc delikatnie mi odmówiła usprawiedliwiając się czytaniem kolejnej książki o tematyce samorozwojowej. Literatura o duchowości i rozwoju osobistym to jej wielka pasja. I wtedy przyszło mi do głowy, aby przekonać ją do wysłuchania albumu – przynajmniej raz. Powiedziałem jej, że większość tekstów piosenek autorstwa Mirosława Bochenka to mądrości żywcem wyciągnięte z książek. Bo czasem wysłuchanie jednej piosenki z mądrym przekazem tekstowym to tak, jakby przeczytać całą książkę. Teksty to kolejny mocny punkt muzyki z albumu „Sobie potrzebni”. To kolejny powód, aby zapoznać się z tym wydawnictwem.

Najnowszy krążek Dżemu wzbudza nostalgię za ich dawną muzyką, wzmaga ciekawość jak będzie ich muzyka wyglądała w przyszłości, a dzięki tekstom uczy, daje do myślenia pobudza do refleksji. Czyż trzeba jeszcze lepszej zachęty to słuchania tej wielkiej muzyki?


Jacek Raputa

pochodzę z Liszek pod Krakowem a Londyńczykiem jestem od kilkunastu lat. Jestem też mężem, ojcem, muzykiem, poetą i budowlańcem. Lubię naturę i dobrą literaturę.A w piosenkach które tworzę łącze to co kocham najbardziej czyli muzykę i słowa. Dzięki muzyce emocje przenoszą nas w inne wymiary a dzięki słowom rozwijamy się i wzrastamy.

https://www.facebook.com/profile.php?id=100063724474851