Targi książki jako terapia zbiorowa dla ludzi uzależnionych od słów

Targi książki jako terapia zbiorowa dla ludzi uzależnionych od słów

17 marca, 2026 Wyłączono przez Redakcja

Kiedy wejdziemy 28 marca 2026 roku do Klubu Orła Białego w Londynie, ukaże nam się widok dość niewinny, bo nic spektakularnego ani zdrożnego. Ot, kilkadziesiat stołów przykrytych białymi obrusami, na których każdy z autorów wyłoży to, co stworzył, napisał i wydał. Pomiędzy tymi stołami będą kręcący sie ludzie. Jedni będą rozmawiać, inni brać do ręki książki i kartkując coś tam podczytywać, a jeszcze inni składać swoje podpisy na dopiero co zakupionych książkach. Będą też oczywiście małe skupiska gwaru i błysków fleszy (no dobrze, umowne), ale po coś w końcu organizatorzy tę ściankę z logo zaplanowali – żal byłoby nie skorzystać. Ale przyznacie, moi drodzy, że to wszystko i tak jawi się dość niewinnie. Atmosfera raczej spokojna, momentami wręcz nostalgiczna. Ktoś mógłby pomyśleć, że targi książki to po prostu kulturalne wydarzenie dla miłośników literatury.

Ale wystarczy przyjrzeć się uważniej, by zauważyć, że mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym. Targi książki przypominają bowiem spotkanie ludzi dotkniętych pewnym szczególnym uzależnieniem, bo uzależnieniem od słów.

Objawy są łatwe do rozpoznania. Osoby dotknięte tą przypadłością reagują niepokojącym zainteresowaniem na widok książki. Biorą ją do ręki, przewracają kartki, wąchaja, czytają fragmenty, głaszczą kartki i okładki, sprawdzają czy sie dobrze otwiera, a następnie postanawiają zabrać ją ze sobą do domu. Co ciekawe, robią to nawet wtedy, gdy w ich domowych bibliotekach zalegają już całe stosy nieprzeczytanych tytułów.

Racjonalne wyjaśnienie tego zjawiska wciąż nie jest znane szerszej publiczności.

Jeszcze ciekawszą grupę stanowią autorzy. To ludzie, którzy z własnej woli spędzają miesiące, a czasem lata na zapisywaniu zdań. Poprawiają je, skracają, rozwijają, wyrzucają i piszą od nowa. Nie spią, nie jedzą, nie piją podczas długich godzin siedzenia przy klawiaturze. Albo wręcz przeciwnie – piją w ilościach przemysłowych napoje, często uznawane za zmieniające strumienie postrzegania rzeczywistości. Osobiście nie polecam, ale też z pewną dozą zazdrości muszę przyznać, że spod ich pióra wychodzą najlepsze teksty. A kiedy wreszcie powstanie z ich godzin pisania książka, wystawiają ją na widok publiczny i z pewną nieśmiałością, ale i wyczekiwaniem, obserwują reakcje czytelników. W innych dziedzinach życia taka forma autoekspozycji mogłaby zostać uznana za ryzykowną. W świecie literatury uchodzi jednak za całkiem normalną, a wręcz pożądaną.

Targi książki są momentem, w którym obie te grupy, bo i czytelnicy, i autorzy spotykają się w jednym miejscu. Jedni przychodzą, bo kochają czytać, drudzy, bo nie potrafią przestać pisać. W efekcie powstaje osobliwa przestrzeń rozmów o książkach, o zdaniach, o pomysłach, o historiach, które dopiero powstają lub właśnie znalazły swoich pierwszych odbiorców. Z boku może to wyglądać jak pewnego rodzaju terapia zbiorowa. Ludzie opowiadają o książkach, które ich poruszyły, o zdaniach, które zapamiętali na lata, o autorach, którzy nauczyli ich patrzeć na świat trochę inaczej. Autorzy mówią o inspiracjach, o procesie pisania, o wątpliwościach, które pojawiają się przy każdej kolejnej stronie. I nagle okazuje się, że literatura nie jest tylko przedmiotem stojącym na półce. Jest rozmową.

Na emigracji takie spotkania mają jeszcze jeden wymiar. To spotkania ludzi o wspólnym kodzie kulturowym złaknionych porozumiewania sie bez tłumaczenia kontekstu. Bo wystarczy powiedzieć, że „nic dwa razy się nie zdarza” czy „w życiu piękne są tylko chwile” i doskonale wszyscy wiedza o co chodzi! Książka staje się wtedy nie tylko powieścią, przy której wypijemy kawę na przerwie w pracy, lecz przypomnieniem o kulturze, o świecie, z którego się wyrosło. Wspólne rozmowy o literaturze bywają więc także rozmowami o tożsamości, o pamięci i o miejscu, w którym człowiek próbuje odnaleźć siebie. Być może właśnie dlatego targi książki przyciągają ludzi, którzy na co dzień żyją w różnych krajach i rzeczywistościach, bo na Autorskich Targach Książki w Londynie bedą autorzy nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale także z Irlandii, Hiszpanii, nie zabraknie oczywiście także z Polski.

Najbardziej paradoksalne jest jednak to, że taka „terapia” wcale nie prowadzi do wyleczenia. Wręcz przeciwnie. Po kilku godzinach rozmów o książkach uczestnicy wracają do domów z nowymi tytułami pod pachą, z kolejnymi nazwiskami autorów do zgłębienia ich twórczości i z przekonaniem, że czytanie oraz pisanie to jedne z przyjemniejszych uzależnień, jakie mogą się człowiekowi przytrafić. A jeśli tak właśnie wygląda ta choroba, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest ona wyjątkowo godna pielęgnowania.


Róża Wigeland

Miłośniczka sztuki współczesnej, twórczyni asamblaży i kolaży, pisarka, felietonistka i wydawczyni. Autorka książek non-fiction. Jej priorytetem jest po prostu dobre życie. Obywatelka Europy, mieszkająca obecnie w Anglii nad Morzem Północnym.

https://rozawigeland.com/