„Przed wyruszeniem w drogę…”
24 stycznia, 2026Szeroka szarfa opasywała zgrabną łydkę Katany. Czerwień wstęgi tuliła się do jasnej, gładkiej skóry, wpijając się tu i ówdzie podczas wykonywanych przez kobietę akrobacji. Ciągła zmiana pozycji pozwalała na obserwację otoczenia bez zwracania na siebie uwagi oczu, które mogłyby wypatrywać właśnie jej. Zawieszona na szarfach kontynuowała swój taniec, niezbyt przejmując się artystyczną stroną występu, podobnie zresztą jak i goście.
Wnętrze kasyna było ciemne, zadymione i mało eleganckie. Przybytek miał tylko sprawiać wrażenie renomowanego lokalu, będąc przykrywką dla prawdziwych biznesów właścicieli – dochodowego burdelu i pralni pieniędzy. Tancerki i akrobatki zabawiały gości, tańcząc w skąpych strojach i zachęcając do skorzystania ze złotego pakietu, który pozwalał na prywatny pokaz w pokoju. Bujająca się na huśtawce na stanowisku obok elfka niemal wjeżdżała na stolik gości, lubieżnie wypinając obsypane różowym brokatem piersi wepchnięte w za mały gorset. Po kilku minutach zalotów udało jej się namówić jednego z klientów na pokaz. Pochmurny krasnolud rzucił karty na stół i podążył za elfką za srebrzyste zasłony, a na jej stanowisku pojawiła się niezwłocznie kolejna dziewczyna, tym razem droandka o liliowej skórze. Chwyciła dwiema rękami za sznurki huśtawki, kolejnymi dwiema powoli rozpinając luźną koszulę, jedyny element garderoby.
Katana podciągnęła się jeszcze wyżej i owinęła materiał szarfy wokół przedramienia. Odchyliła się w tył, pozwalając skręconej wcześniej szarfie na pełne rozwinięcie, dzięki czemu mogła znów przeczesać wzrokiem zebrany tłum. Czekała tylko na jedną osobę.
Burza rudych włosów nie mogła pozostać niezauważona. Mężczyzna był wysoki i barczysty. Zadbany zarost przykrywał po części bliznę biegnącą przez twarz przybysza, który najwidoczniej starał się odwrócić od niej uwagę wyeksponowanym, wytrenowanym ciałem. Cienka koszula była rozpięta, więc goście mogli podziwiać zarysowane mięśnie brzucha i szeroki tors. Rudzielcowi towarzyszył tajemniczy człowiek w przepastnej pelerynie. Jako jedynemu nie odebrano mu na wejściu widocznej broni, dwóch krótkich mieczy w pochwach na biodrach.
Kat zaczekała na moment, gdy goście zaczną rozglądać się za wolnym stolikiem i zjechała gwałtownie na deski prowizorycznej sceny, udając upadek i stopą strącając ze stolika podrzuconą wcześniej karteczkę z napisem „Rezerwacja”. Zniesmaczeni niezdarnością tancerki goście z pogardą odwrócili wzrok, lecz rudzielec zerknął w stronę zamieszania i zgodnie z planem dostrzegł miejsce oraz wolną akrobatkę, która mogła umilić im wizytę. Ruszył dziarsko w stronę Katany.
– Tutaj, Petyrze! – zawołał, a jego towarzysz jak cień podążył za nim. – Daj jej coś na zachętę, dziś świętujemy!
Tłum rozstąpił się przed znanymi w środowisku gośćmi, pozwalając im przejść. Petyr nachylił się nad kobietą i wyciągnął dłoń w jej stronę, drugą sięgając pod pelerynę. Kat chwyciła mężczyznę za nadgarstek i podciągnęła się z zakłopotanym uśmiechem.
– Podrapałaś mnie, przybłędo! – syknął cicho i wyrwał dłoń z jej uścisku. – Mój przyjaciel ma mieć dziś wspaniały humor, więc lepiej się postaraj. Widzę, że jesteś nowa, zdejmij trochę tych szmat.
Wyciągnął z kieszeni peleryny pomięty banknot i rzucił go pod nogi Kat. Ta pochyliła głowę i zaczęła drżącymi rękami rozpinać guziki dopasowanego bolerka, przy okazji zawijając w nie pustą, maleńką strzykawkę. Środek spowalniający krążył już w krwiobiegu Petyra, który, nie czekając na kobietę, wrócił do stolika, gdzie właśnie podawano dymiące drinki.
Kat podniosła pieniądze i schowała je za stanik zabudowanego na plecach gorsetu. Krótkie spodenki z grubym paskiem i baletki dopełniały jej ubioru, jednocześnie będąc narzędziem pracy. Wróciła do zawieszonych pod sufitem szarf, znów wcielając się w rolę akrobatki. Szybkie spojrzenie w stronę stolika utwierdziło ją w przekonaniu, że w ciągu paru godzin będzie po wszystkim. Mężczyźni właśnie ścigali się w piciu, odrzucając pod scenę puste kieliszki, a Petyr wyraźnie przegrywał.
Kobieta zawinęła wstęgę na przedramieniu, sprawnie wdrapała się wyżej i przyjęła poprzednią pozycję. Po kilkunastu minutach goście przestali już zwracać uwagę na rudzielca i jego towarzysza, trzymając bezpieczny dystans. Do ich stolika podchodziły tylko kelnerki, donosząc jedzenie i alkohol. Kat zalotnie uśmiechała się do rudego, wykonując kolejne akrobacje. Tym razem wkładała w występ nieco więcej serca, wiedząc, że gość musi poprosić o prywatny pokaz.
Mężczyzna pił i co jakiś czas obserwował znad kart wijącą się na wstęgach Katanę. Ta tańczyła na coraz niższych wysokościach, nawiązując z nieznajomym dłuższy kontakt wzrokowy. Przy okazji zerkała na Petyra, na którego w pełni działał już eliksir. Stał się bardzo powolny, co jego przyjaciel chyba złożył na karb nadmiaru alkoholu, radośnie podstawiając mu pod nos kolejny kieliszek. W chwili, gdy rudzielec wychylał swoją porcję trunku, dłoń Katany zakreśliła w powietrzu szybki łuk. Wprawione oko być może dostrzegłoby miniaturowe ostrze wyszarpnięte ze skórzanego pasa spodenek i jego krótki lot w stronę Petyra.
Gdyby nie było to ciemne kasyno, ktoś mógłby zauważyć, że zanim ostrze wbiło się w kontuar baru kilka metrów za plecami mężczyzn, gładko przecięło szyję mężczyzny w pelerynie, trzy palce poniżej jego ucha. I może gdyby nie ciemne okrycie, jego podpity przyjaciel wiedziałby, że Petyr właśnie się wykrwawiał, spowolniony wywarem z welorunu tak bardzo, że był niemal sparaliżowany.
– Zrobiłeś się, stary, co? Nic to, wypoczywaj, a ja poświętuję dalej bez ciebie. I tak wolałbym, żebyś nie wchodził mi w paradę. – Kat usłyszała słowa rudzielca i zjechała na scenę, tym razem z gracją stawiając na niej stopy. Przygryzła wargę i uśmiechnęła się do mężczyzny, wyciągając dłoń w jego stronę, zanim ten zdążył potrząsnąć kolegą.
– Życzy pan sobie prywatny pokaz, panie…?
– Kasjusz O’Tyrr – odparł, chwytając palce Katany. – Nie widziałem cię wcześniej. Dziwne też, że mnie nie znasz. Nowa w mieście?
Pociągnął ją w stronę srebrzystych zasłon, za którymi zaczynał się korytarz prowadzący do niewielkich pokoików. Zza niektórych drzwi dobiegały stłumione jęki. Mężczyzna uśmiechnął się do swoich myśli, nie zwracając uwagi na ciągniętą za sobą kobietę. W wyobraźni zapewne widział ją już nago.
– Można tak powiedzieć – odparła. – Kiedyś mieszkałam w okolicy, postanowiłam wrócić po latach w rodzinne strony.
– Dobrze mieć czasem coś nowego. Można powiedzieć, że to szczęście początkującej, że trafiłaś na mnie. Mam tu własny apartament, więc nie musimy się gnieść w tych brudnych norach. – Kasjusz skręcił w lewo, stanął przed ciężkimi drzwiami i wstukał kod na klawiaturze obok. Wszedł pierwszy i, nie czekając na Katanę, ruszył do przestronnej sypialni.
Zanim drzwi zatrzasnęły się za plecami obojga, kobieta wsunęła odklejoną z buta podeszwę między framugę a skrzydło drzwi. Wąska szczelina była zapewnieniem jej wolności.
Rudzielec usiadł na brzegu łóżka i skinął palcami na tancerkę. Ta posłusznie podeszła do mężczyzny, trzymając się wyznaczonej roli. Brutalnie chwycił ją za biodra i posadził na sobie. Objęła go za szyję i założyła nogi za plecy Kasjusza zaskoczona przyjemnym ciepłem jego nagiej skóry. Z bliska zauważyła, że ma piękne, zielone oczy o długich rzęsach, a blizna przecinająca twarz dodawała mu uroku i charakteru.
– Mam się sam rozebrać, czy chcesz mi pomóc? – zapytał, wsuwając palce pod pasek spodenek kobiety i zbliżając usta do jej ust. – Będziesz grzeczną dziewczynką?
Katana odepchnęła jego rękę pod pozorem nagłej chęci zdjęcia koszuli mężczyzny i uniknęła pocałunku, udając, że dobrze się bawi.
– Nie wydaje mi się, że jesteś z tych, co lubią grzeczne dziewczyny. – Uśmiechnęła się, zrzucając na podłogę koszulę Kasjusza. – Myślę, że obydwoje świetnie trafiliśmy, bo ja z pewnością nie należę do tych grzecznych.
Pchnęła go na łóżko i pocałowała, przygryzając jego dolną wargę. Zamruczał z rozkoszy, a Kat sięgnęła do buta, od którego wcześniej odczepiła podeszwę. Rozwiązała wstążkę na kostce i sięgając ponad głową rudzielca, sprawnie zawinęła delikatny z pozoru materiał na jego nadgarstkach, przerzucając baletkę przez metalowe pręty wezgłowia łóżka.
– Zdecydowanie jesteś w moim typie – powiedział, sięgając ustami do wystającego spod gorsetu biodra Kat. – Idealna partnerka do świętowania.
– A co będziemy świętować? – zapytała, siadając z powrotem na związanym mężczyźnie. Twarde wybrzuszenie w jego spodniach mówiło, że nie miał pojęcia, jakie plany ma kobieta.
– Moje kolejne zwycięstwa, kochanie. Pokonałem moich biznesowych przeciwników w Sotren, zdobyłem wpływy w Nacco, niedługo obsadzę Petyra w jakimś miłym burdelu w Tellmerze… – Przerwał, gdy siedząca na nim tancerka zaśmiała się w głos. – Coś cię bawi?
– Twoja głupota. Kasjusz O’Tyrr, w swoim mniemaniu pan i władca wszystkiego, daje się związać pierwszej lepszej dziewczynie w burdelu, który udaje kasyno. – Katana zsunęła się szybko na kolana Kasjusza i wyciągnęła ze schowków paska kolejne malutkie strzykawki. Z impetem wbiła je w oba uda mężczyzny, paraliżując mu nogi. – Petyr nie poprowadzi żadnego burdelu. Siedzi martwy przy stoliku.
Kasjusz zaryczał z bólu i wściekłości i zaczął się szarpać w improwizowanych więzach.
– Kim jesteś i co zrobiłaś?!
– Mogłeś zapytać mnie wcześniej o imię. Jestem tutaj ze względu na to, co ty zrobiłeś. Ktoś z Sotren, a może Nacco postanowił się zemścić. Zadarłeś z niewłaściwymi osobami, Kasjuszu. Może w innym życiu moglibyśmy dokończyć ten wieczór w inny sposób. Może nawet trochę mi cię żal.
Zeszła z łóżka i ostatni raz sięgnęła do pasa. Składany sztylet mieścił się idealnie między dwiema warstwami specjalnie wyprawionej skóry. Wytrenowanym ruchem rozłożyła broń i nakręciła wąską rękojeść udającą ozdobne zapięcie gorsetu na nasadę ostrza.
Kasjusz dyszał ciężko, zmęczony szarpaniną i wystraszony sytuacją.
– Błagam, nie! Zapłacę ile trzeba, tylko mnie nie zabijaj!
– To nic osobistego. Dostałam na ciebie zlecenie, a to znaczy, że nie jesteś tak dobry, jak chciałabym, żebyś był. Widziałam to zresztą w oczach gości baru. Wszyscy się ciebie bali. Posługujesz się terrorem, ale nikt, kto używa strachu jako narzędzia, nie jest bogiem. W gruncie rzeczy większość z was tak bardzo boi się odrzucenia, że chcecie władzy za wszelką cenę, nawet kosztem bliskich.
Kat usiadła obok mężczyzny. W jego oczach widziała teraz nienawiść, gniew i lęk.
– Ktoś mnie pomści, ty głupia suko.
– Z pewnością, zwłaszcza że nikt nie wie, kim jestem.
Pochyliła się nad Kasjuszem i szybko wbiła sztylet w jego serce, po czym wyszarpnęła ostrze, a potem starannie obmyła je i dłonie w przyległej do sypialni łazience. Rozwiązała ręce Kasjusza i włożyła but na stopę. Wzięła jeszcze odrobinę krwi z piersi mężczyzny w niewielką fiolkę wyjętą z pasa. Wychodząc z apartamentu, przyczepiła do baletki magnetyczną podeszwę i ruszyła z powrotem do kasyna.
Nikt nie zauważył jeszcze, że mężczyzna przy stoliku jest martwy. Na wstęgach tańczyła już kolejna akrobatka, dodatkowo zachwycając gości magicznymi kulami wirującymi wokół niej. Katana podeszła do baru i poprosiła o wodę z lodem. Gdy barmanka szukała szklanki, Kat wyciągnęła wbite w kontuar małe ostrze ochlapane krwią Petyra i schowała je w pasie.
– Jesteś nowa? – zapytała barmanka.
– To był mój dzień próbny, ale chyba się nie spisałam. Klient kazał mi spadać. Nie jestem najlepsza w te klocki – odparła Katana zmartwionym głosem. – Lepiej, żebym więcej się tu nie pokazywała. Właściciele gotowi są pewnie spuścić mi lanie.
– Kochaniutka, pracuję tu pięć lat. Jeśli masz szansę, uciekaj. Nie pisnę ani słowa, że cię widziałam – powiedziała cicho barmanka.
Kat pokiwała szybko głową, dopiła wodę i opuściła przybytek. Cztery ulice dalej weszła do zdezelowanej bramy i wyciągnęła małą torbę spod sterty wyrzuconych kartonów. Schowana za śmietnikami założyła długie spodnie i czarną bluzę z kapturem. Zdjęte ubrania schowała do torby, zmieniła buty na wygodne sportowe, a na końcu zdjęła blond perukę i wyrzuciła ją do kosza na wypadek przeszukania. Spokojnym krokiem ruszyła ku centrum miasta, gdzie skorzystała z usług zaprzyjaźnionego maga, który wyczarował dla niej portal do domu.
Gildia Zabójców, miejsce, które od lat zwała domem, była cicha o tej porze. Inni Zabójcy dopiero szykowali się do śniadania, o ile nie mieli zleceń, a tych ostatnio nie było za wiele. Tablica ogłoszeń świeciła pustkami. Kat szybko ruszyła korytarzem ku swojemu pokojowi, gotowa na kilka godzin regenerującego snu we własnym łóżku.
– Katano! – usłyszała za sobą głos Mathildy. – Cieszę się, że już wróciłaś. Jak zlecenie?
– Bez problemów. Masz dla mnie coś nowego, matko?
Mathilda, zwana Matką Zabójców, pokiwała głową. Wyglądała na wystraszoną.
– Yogi Takashimi zbiera drużynę na wyprawę. Na horyzoncie czai się widmo wojny. Yogi potrzebuje najlepszej ekipy.
– TEN Yogi Takashimi? – Katanie rozbłysły oczy. Mag był żywą legendą. – Kiedy wyruszam?
– Doskonale, Va’alu.
Głos mistrza Baelina poniósł się echem po wysokim pomieszczeniu. Nauczyciel mógł być naprawdę zadowolony. Po raz kolejny Va’alowi udało się bezbłędnie przeprowadzić strumień wody przez ucho igielne. By tego dokonać, mężczyzna musiał mieć całkowicie jasny i spokojny umysł. To właśnie o spokój i koncentrację najtrudniej było, gdy dziwny przybysz zjawił się na progu zamku Baelina, pisząc w notatniku prośbę o przyjęcie na nauki.
Mistrz, widząc chaos, jaki panował wtedy w umyśle wędrowca, wiedział, że ten będzie bardzo ciężki do uporządkowania. Być może niemożliwy. To właśnie przeważyło na korzyść milczącego gościa. Największe wyzwanie, z jakim Baelin się spotkał, okazało się również być człowiekiem o tęgim umyśle, potężnej mocy i dobrym sercu. I choć nikt nigdy nie widział twarzy Va’ala, po kilku miesiącach okoliczni mieszkańcy zaczęli akceptować mężczyznę odzianego w czerń, w jego dziwnej masce w czerwone i białe pasy.
– Wybieram się do Wenecji. Jeśli nie masz dziś nic do roboty, zajrzyj do Oskara i Vidarii. Wspominali, że niepokoją ich nocne hałasy na cmentarzu. Być może to tylko dzieciaki, ale lepiej sprawdzić.
Mężczyzna pokiwał głową i sięgnął do leżącego na stole notatnika.
Pójdę od razu. Jeśli to zmarli, nie musimy czekać do nocy.
– A zatem do zobaczenia wieczorem. Zechcesz dołączyć do mnie w medytacji?
Z chęcią, mistrzu.
Baelin poklepał ucznia po ramieniu i wyszedł, myślami wędrując już nad kanałami Wenecji. Va’al zatknął długopis na zawieszce przy notesie i wsunął kajet do kieszeni na piersi. Jego kostium był wykonany ze specjalnego materiału i musiał być przede wszystkim praktyczny. Zasłaniał każdy centymetr ciała, chronił przed zmiennymi warunkami atmosferycznymi oraz lekkimi urazami. Mężczyzna wyszedł na zewnątrz i przeciągnął się, wciągając w płuca zapach wysychającego na słońcu siana. Podszedł do zacienionej lekkim dachem otwartej stajni i pogładził po chrapach ulubionego gniadosza, po czym podsunął mu garść siana.
Masz chęć na przejażdżkę? Muszę zajrzeć na cmentarz w dolinie – pomyślał Va’al, trzymając dłoń w czarnej rękawiczce na czole konia. Ten parsknął jakby w odpowiedzi. Dziękuję, po powrocie dostaniesz coś specjalnego.
Osiodłał zwierzę i pognali w dół wzgórza, ku małej osadzie przy drodze. Dom o zielonych dachówkach i okiennicach stał najbliżej otoczonego kamiennym murem cmentarza. Myślami przekazał koniowi kierunek jazdy, by samemu skupić się na podziwianiu malowniczych widoków. Wkrótce stał przed drzwiami skromnego, zadbanego przybytku.
– Witajcie, panie nekromanto! Mistrz Baelin pana pewno wysłał, co byś na ten nasz cmentarz zajrzał, co? Tłucze się co ostatnio, panie, a jęczy to gorzej niż te mandragory, co wiedźmaki przywieźli na targ – powiedział Oskar, wychodząc zza węgła budynku, zanim Va’al zdążył zapukać.
Korpulentny elf pokręcił głową z rezygnacją i machnął ręką, jakby odganiając kolejną myśl. Długie włosy związał na czubku głowy, dodając sobie kilka centymetrów. Przybysz sięgnął po notes i pospiesznie zadał pierwsze pytanie:
Od kiedy słyszycie jęki? Pojawiają się tylko w nocy?
Oskar zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć w oślepiającym słońcu.
– O, już z tydzień będzie. I tylko w nocy, w dzień pewno odsypia te nocne harce.
Zajrzę tam od razu.
– Bardzo proszę, otwarte jest. Jakoś odechciało się wszystkim tam chodzić, dopóki ktoś tego nie sprawdzi.
Va’al skłonił się gospodarzowi i bez wahania ruszył ku pobliskiej bramie cmentarza, mijając pasącego się na Oskarowym podwórku konia. Zamknął za sobą skrzydła rozchwianej bramy i zasunął ciężką zasuwę. Powietrze zmieniło się, jakby miejsce wyczuło gościa. Chociaż za murami przyjemny wiatr chłodził ogorzałe od letniego słońca twarze, tutaj nie drgnęło ani jedno ździebełko trawy. Atmosfera zgęstniała, zatrzymując niespokojne dusze w stabilnej pozycji.
Ubrany w czerń mężczyzna usiadł na kopcu świeżej ziemi, czekającym na starą panią Mallet. Odetchnął głęboko ciężkim powietrzem i wypuścił świadomość na teren niewielkiej nekropolii. Oznaczone kamiennymi płytami groby w większości były od lat spokojne. Nekromanta napotykał dawno złożone w ziemi kości, których właściciele wiedli teraz kolejne życie w zaświatach lub powrócili na ziemię w innej postaci. Podróżował od grobu do grobu, aż pod rozłożystym jaworem spotkał powód nocnego zamieszania.
Ciało było świeże. Napuchnięte od gazów tkanki i pociemniała skóra wskazywały na nie więcej niż tydzień od zgonu, którego przyczynę łatwo było określić po poderżniętym od ucha do ucha gardle. Kobieta zakopana była płytko i byle jak. Va’al objął jej świadomość swoją i delikatnie przytrzymał w miejscu. Jawiła mu się jako połyskująca błękitem postać o niewyraźnych rysach. Była widocznie zagubiona.
Pomogę ci – przekazał jej spokojnym głosem i rzucił czar spokoju.
Lśniący kształt zastygł w bezruchu, a cząsteczki uspokoiły na tyle, by nekromanta mógł dojrzeć twarz kobiety. Nie była mu znana, najwyraźniej nietutejsza, bo jej umysł próbował odnaleźć się w nieznanej przestrzeni.
Pokaż, co pamiętasz.
Dopuścił jej jaźń do głosu. Mimo zaklęcia spokoju, głęboko cierpiała. Gdy zrozumiała, że Va’al próbuje jej pomóc, rozluźniła się na tyle, by mógł zobaczyć, kim była i co przeżyła. Przekazała mu cały swój lęk, strach i zagubienie, obrazami pokazując strzępy swojej historii. Po kilku minutach wiedział już wszystko.
Czas, byś zaznała spokoju, Lethio Simone. Zatroszczę się o ciebie.
Dusza kobiety rozjaśniła się niby w uśmiechu. Mężczyzna mógł zakończyć medytację. Powoli wstał z kopca i podszedł do miejsca, gdzie zakopano zwłoki Lethii. Wystające spod ziemi korzenie skutecznie ukrywały poruszony prostokąt gleby. Va’al wyciągnął notatnik, napisał dużymi literami: „LETHIA SIMONE” i położył wyrwaną kartkę na prowizorycznym grobie, przysypując ją odrobiną ziemi. Reszta pracy należała do miejscowych służb.
Opuszczając teren cmentarza, zostawił bramę otwartą. W uświęconej przestrzeni znów zagościł wiatr, niosąc wszystkim ukojenie w podróży do kolejnych wymiarów. Gałęzie jaworu zakołysały się lekko, jakby spoczywająca w ich cieniu zmarła po raz ostatni machała Va’alowi w podzięce.
– No i co, panie nekromanto? Znalazłeś tego krzykacza? – zapytał Oskar, łypiąc przez płotek swojej posesji w stronę cmentarza.
Znalazłem zamordowaną kobietę, którą ktoś pochował bez obrządku i nagrobka. Oznaczyłem miejsce, gdzie znajduje się ciało, szukajcie pod jaworem. Przekażcie informacje grabarzowi, niech pochowa ją jak trzeba. Nie będzie was już niepokoić. Va’al pokazał Oskarowi wiadomość i poczekał, aż ten przetrawi informacje.
– Czyli wśród nas jest jakiś morderca? – Elf rozejrzał się niespokojnie, jakby miał stać się kolejną ofiarą. Maska nekromanty poruszyła się potakująco i Va’al zaczął pisać kolejną wiadomość.
Powiem strażom o całej sytuacji, nie musicie się obawiać. Przed obiadem wyląduje w celi.
– Dziękuję w imieniu swoim i mieszkańców. W końcu będziemy mogli spokojnie spać.
Va’al pokiwał głową i wezwał myślą gniadosza. Oskar poklepał zwierzę po grzbiecie i skłonił się nekromancie. Zanim ten opuścił teren wioski, elf pukał już do domu sąsiada, by opowiedzieć mu o przyczynie nocnego zamieszania.
Nekromanta wypuścił konia na popas i położył przed nim kilka soczystych jabłek, zgodnie z wcześniejszą obietnicą. Sam usiadł pod drzewem, spisał szczegółowy raport i przekazał go strażnikowi odpowiedzialnemu za spokój w okolicy. Cieszył się, że zdołał dziś pomóc kolejnej osobie i ruszył ku swojej komnacie, żeby wstrzyknąć sobie popołudniową dawkę eliksiru, który służył mu za źródło energii.
– Va’alu! Jesteś mi bardzo potrzebny! – zawołał za jego plecami mistrz Baelin, który najwyraźniej wrócił już z wycieczki. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał w złote oczy maga, dostrzegając w nich strach i zmartwienie. – Musisz przygotować się do podróży. Jeden z najznamienitszych magów, Yogi Takashimi, zbiera ekipę, która wraz z nim uda się do Tellmeru, by odbić z rąk wroga Bohaterkę pewnej Przepowiedni… Szczegóły poznasz na miejscu. Wszyscy musimy się przygotować na wypadek wojny. Spakuj kilka potrzebnych ci rzeczy i przyjdź do mojej komnaty, dam ci trochę pieniędzy i list do Yogiego. Musisz się stawić w pałacu Arias w ciągu trzech dni. To kilkadziesiąt kilometrów na południe od Księżycowej Doliny.
Va’al skłonił się krótko i bez zwłoki oddalił do swojego pokoju, by spakować kilka zestawów kostiumu na zmianę, zapas eliksirów wraz ze sprzętem do robienia zastrzyków, czysty notes i stary pamiętnik w postaci luźnych kartek związanych przewleczoną przez dziurki wstążką. Nie potrzebował wielu przedmiotów. Zarzucił na ramię lekki plecak i poszedł odwiedzić komnatę Baelina, nie wiedząc, dokąd zaprowadzi go droga, na którą za chwilę wstąpi.
Las był ciekawym miejscem do polowania. Naturalne środowisko pozwalało zwierzętom na swobodę, jakiej nie dopuszczały się, przebiegając chyłkiem za domowymi sprzętami i kryjąc w dziurach pod podłogami. Niczym nieograniczona przestrzeń złocącej się miejscami zieleni była też dobrą okazją do zabawy.
Miękkie łapki bezgłośnie stąpały po mchu tylko po to, by sprężystym skokiem wybić ciało na chropowaty pień drzewa. Ostre pazury zagłębiały się w korze, odrywając maleńkie fragmenty za każdym razem, gdy zwierzę wykonywało ruch. W końcu drobna, szara kotka znalazła się tam, gdzie planowała – na szerokiej gałęzi, na końcu której siedziała ruda wiewiórka. Puszysta kita lśniła we wczesnoporannym słońcu, a pojedyncze włoski delikatnie rozwiewał wiatr. Kotka przyczaiła się do skoku, a szeroko rozwarte źrenice wypełniały niemal całe tęczówki. Przez chwilę obserwowała małe zwierzątko, majtając ogonem, po czym w odpowiednim momencie zaatakowała. Gryzoń poderwał się do ucieczki i błyskawicznie przeskoczył na sąsiednie drzewo, dosłownie sekundę przed tym, jak w gałąź wbiły się pazury kotki. Rozkołysany konar zmusił ją do mocnego chwytu i znieruchomienia, patrzyła więc tylko za swoją niedoszłą zdobyczą przemykającą pomiędzy liśćmi.
Gdy drzewo się uspokoiło, kotka miauknęła i powoli wycofała się w bezpieczne miejsce. Zwiedzała las przez ostatnie parę godzin, ganiając myszy i wsadzając pyszczek w ciemne jamy i gęste krzaki. Patrząc na wstające słońce, stwierdziła, że czas na jedzenie i drzemkę w ciepłym miejscu. Ruszyła w stronę domu, zapamiętując zapach wiewiórki i ocierając się o mijane pnie. Była zmęczona. Wskoczyła na parapet i wślizgnęła się przez uchylone specjalnie dla niej okno.
Z podniesionym wysoko ogonem powędrowała w stronę kuchni, gdzie spodziewała się zastać miseczkę pełną smakowitych kąsków. W połowie drogi kotka zorientowała się, że dom pachnie inaczej. W powietrzu brakowało aromatu kawy, a gospodyni o tej porze zwykle szykowała śniadanie. Ze zdziwieniem zauważyła, że jej miski były puste. Zaniepokojona ruszyła ku sypialni pani domu, lecz i tam jej nie znalazła. Rozrzucona pościel i otwarta szafa wskazywały na to, że kobieta opuściła dom w pośpiechu. Jedna z szuflad komody była odsunięta, lecz drobna kotka nie była w stanie zajrzeć do środka.
Zeskoczyła z obwąchiwanego przed chwilą łóżka i nakazała ciału przemianę.
Miękkie łapki gwałtownie urosły, zmieniając się w ręce i nogi, kocie uszy przesunęły się w dół, zachowując spiczasty kształt, futerko zmieniło się w długie włókna, z których powstała szara szata i już po chwili na podłodze siedziała niewysoka elfka o srebrzystych włosach. Wstała, szybko podeszła do szuflady i zobaczyła pustą szkatułkę. Wiedziała, co normalnie trzyma tam gospodyni. Pierścienie Rady od wieków służyły do zwoływania posiedzeń w nagłych wypadkach i przekazywania wiadomości. To oznaczało, że właśnie odbywało się ważne zebranie.
Elfka wróciła do kuchni i nalała sobie mleka do kubka, postanawiając zaczekać w tej postaci. Zanim zdążyła wypić wszystko, drzwi sypialni zamknęły się z trzaskiem.
– Kali?!
– Tutaj jestem, Andromedo – odpowiedziała elfka.
Andromeda weszła do kuchni w swojej oficjalnej, granatowej szacie Rady.
– Kali’oppe! Pierścienie wezwały mnie w nocy. Niezwłocznie udałam się na posiedzenie Rady. Wszystkim nam grozi niebezpieczeństwo, dlatego proszę cię, byś udała się do pałacu Arias. Plotki o starej Przepowiedni się potwierdzają, Takashimi zbiera ekipę, która pomoże mu odbić Bohaterkę z rąk porywacza… Bogowie! Sama nie wiem, co myśleć!
Ręce kobiety widocznie drżały. Kali’oppe podeszła do niej i ująwszy za ręce, posadziła na długiej ławie pod ścianą.
– Sayfare cuomo rai’nes – powiedziała cicho elfka. Ramiona Andromedy rozluźniły się, a ciało wyprostowało.
– Dziękuję. To pozwoli mi przez jakiś czas jasno myśleć. – Gospodyni uśmiechnęła się słabo do elfki. – Udaj się do Twierdzy, zbierz zapasy składników potrzebnych do warzenia eliksirów ochronnych i uzdrawiających. Miejmy nadzieję, że ci się nie przydadzą, ale o tym zadecydują bogowie. Gdy będziesz gotowa, ruszaj do pałacu Arias. Masz trzy dni.
– To aż nadto. Wyruszę niezwłocznie.
– Wiem, że preferujesz kocią postać, mam więc coś dla ciebie – rzekła Andromeda i wyszła do sypialni. Po chwili wróciła z niewielkim pudełkiem. – Cóż bardziej przyda się zmiennokształtnej istocie niż zmiennokształtny bagaż?
Kobieta otworzyła pudełko. Na miękkim aksamicie spoczywała czerwona obroża z zawieszką i plakietką z kocim imieniem elfki – Kali.
– Gdy będziesz w elfiej postaci i zdejmiesz obrożę, przesuń ten element zawieszki, a zmieni się ona w pojemny bagaż – powiedziała gospodyni, demonstrując działanie magicznego przedmiotu. Na stole pojawiła się wielka walizka z niezliczonymi przegródkami. Z jej rączki zwisała obroża. – Gdy będziesz chciała zmniejszyć bagaż, wystarczy znów obrócić tę część.
Cichy trzask oznajmił skurczenie się walizki. Na stole znów leżała zwyczajna, na pierwszy rzut oka, obroża.
– Dziękuję, Andromedo. To znacznie ułatwi mi podróż. – Kali’oppe zapięła na szyi nową ozdobę. – Otwórz mi, proszę, portal do Twierdzy. Powinnam tam znaleźć wszystko, czego potrzebuję.
– Bądź dzielna, moja droga. Życzę ci szczęścia.
– Koty zawsze spadają na cztery łapy. – Kali’oppe uścisnęła chłodne dłonie Andromedy. – Poradzimy sobie, cokolwiek nas czeka.
– Obyś miała rację, moja droga. Portum legibo set.
Ściana oddzielająca kuchnię od przedpokoju pomarszczyła się i zafalowała jak suszące się na wietrze prześcieradło. Kali’oppe weszła pewnie do portalu, posyłając przyjaciółce ostatni uśmiech.
Pałac Arias czekał na nieświadomych swojej roli bohaterów przyszłych wydarzeń. Ariasy, dawne bóstwa ochronne, widziały już niejedną wojnę i równie wiele rozejmów. Znaki, o których mówiła legenda, zostały już dostrzeżone, a stare istoty cieszyły się, że mogą choć na chwilę wspomóc historię swoim przybytkiem. Pałac miał zostać miejscem, w którym kręte ścieżki splotą się w jedną drogę wspólnego przeznaczenia.
Opowiadanie pochodzi z antologii „Własna ścieżka”
Antologia opowiadań dostępna na
https://samowydawcy.pl/slady-na-sniegu-antologia-samowydawcow-tom2
Wszystkie książki autorki można zakupić na stronie www.samowydawcy.pl oraz na Legimi.

Izabela Redesiuk
urodzona w 1993 roku w Siedlcach. Swoją przygodę ze sztuką rozpoczęła od teatru, z którym związana była przez kilka lat. W 2012 roku los zawiódł ją do Wielkiej Brytanii, gdzie nadal pisze, czyta i szuka inspiracji w codzienności. Miłośniczka literatury fantasy i horroru, z zamiłowaniem do mrocznych historii i głębokich emocji. Nie stroni jednak od dobrego kryminału czy romansu. W wolnych chwilach sięga po muzykę o cięższych brzmieniach. Pomimo arachnofobii i kontrowersyjnych wyborów kulinarnych, z pełnym przekonaniem broni ananasa na pizzy.

