Pod niebem Brytanii

Pobyt za granicą potrafi skrzyżować drogi osób, które normalnie nie miałyby szansy żyć blisko siebie. Brak łatwego dostępu do mieszkań powoduje, że często pod jednym dachem lądują ludzie z zupełnie różnych środowisk. Sylwia po przyjeździe trafiła w miejsce, które pokazało wiele złych stron emigracji. Przeżycia te tak mocno nią wstrząsnęły, że postanowiła opisać je w książce „Pod niebem Brytanii”. We wpisie o początkach emigracji, o patologiach w emigranckich domach, ale i o wyjściu na prostą i wierze w lepsze jutro.

Wiele osób myśli, że skoro opisałam tak trudne początki pobytu w Anglii, to pewnie jestem tu kilkanaście lat – od 2004 czy 2005r, kiedy cała emigracja dopiero się zaczynała, i te osoby piszą w komentarzach na Facebooku, że wtedy było gorzej, inne standardy życia, że teraz jest zupełnie inaczej…a prawda jest taka, że ja w Anglii jestem dopiero od ponad 3 lat, a dokładnie od stycznia 2016 roku. Te historie z mojej książki były pisane praktycznie „na świeżo”, a niektóre z nich dzieją się w różnych domach nawet teraz – w czasie rzeczywistym. Znam ludzi, którzy przyjechali pół roku temu, miesiąc temu, i przeżywają to samo, co ja przeżywałam wtedy. Wiele osób ląduje w patologicznym środowisku, bo na początku ciężko jest o spokojny, czysty dom. Prawda jest taka, że rzadko kiedy przyjeżdża się tutaj na własnych zasadach. Mówię oczywiście o sytuacji, gdy jedzie się „w ciemno”, bo jeżeli jest pomoc od rodziny, czy znajomych, to rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i wtedy takie osoby nie wierzą w to, co jest opisane w książce.

Wiem, że nie w każdej części Brytanii tak jest – podobno na północy jest sielanka. Wiele osób mówi, że tam (na północy Anglii – przyp. Red), jest wiele mieszkań na wynajem, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Jeśli masz możliwość po przyjeździe bezproblemowo wynająć dobry pokój czy flata (mieszkanie – przyp. Red.), to masz święty spokój. Na zewnątrz zawsze coś może się stać. To normalne. Najważniejsze jednak to mieć spokój w miejscu, w którym mieszkasz. I właśnie z tym był największy problem. Niestety w środkowej czy południowej Anglii, gdzie jest wiele magazynów i zakładów, a szczególnie tu, w okolicach Londynu, toczy się walka o mieszkania, walka o dobry pokój. Widzę nieraz w komentarzach (na facebooku – przyp. Red), jak ktoś pisze: „a kto jej kazał tam mieszkać? Mogła się spakować i pójść gdzie indziej.” Te osoby najwidoczniej nie znają realiów panujących na tym terenie, nie czytały książki i nie wiedzą jaką drogę musiałam przejść aby w końcu zamieszkać samodzielnie, w normalnych warunkach. A niektórzy myślą nawet, że cały czas mieszkam w tym „strasznym domu”, a ja już od dłuższego czasu mam spokój i dom w normalnej, czystej dzielnicy na przedmieściach. Teraz jest dobrze – w końcu mogę się skupić na życiu i pasjach. Brytania to kraj możliwości. Teraz jest mi tu bardzo dobrze.

Wiele osób po przeczytaniu książki pisze do mnie, że to nieprawda, że to niemożliwe żeby coś takiego mogło się wydarzyć, jednak duża część potwierdza: „ u mnie było podobnie, a nawet gorzej…” I opowiadają. Horror. Czasami włosy na głowię dęba stają. Ja przeżyłam tu różne historie – dostałam w pakiecie wszystko naraz i myślałam, że już gorzej być nie może, jednak niektórzy piszą takie rzeczy, że nawet ja jestem zdruzgotana.

Nie, książki nie traktuj jako biografii. Gdybym chciała ją wydać, to nie wiem czy trylogia to nie byłoby za mało. Możesz uznać, że to 1/30 mojego życia, bo to nawet nie cały mój pobyt tutaj, a jedynie początek, pierwsze półtora roku. Po tym czasie przeprowadziliśmy się na mieszkanie, które nie było super, ale już było samodzielne. Później było kolejne mieszkanie, o niebo lepsze, a teraz w końcu jestem tu – w miejscu, które od początku było w mojej głowie. Uwielbiam wizualizację, wiesz? Wszelkie rzeczy o jakich marzę, najpierw wyobrażam sobie w umyśle. Tak było z domem, w którym teraz mieszkam. Mój umysł odrzucał myśl o nim, bo cena, bo to i tamto, bo warunki, które trzeba spełnić…Natomiast ja codziennie, wręcz natrętnie wizualizowałam ten dom, ze wszystkimi szczegółami – z dużą kuchnią, ogrodem itd. A teraz mieszkam w nim i to jest wspaniałe!

Uwielbiam wizualizację. Przez większość życia układałam sobie w głowie obrazy, które później objawiały się w rzeczywistości, jednak niestety w którymś momencie, będąc jeszcze w Polsce, przyszedł dla mnie ciężki czas – zachorowałam. To może spotkać każdego, szczególnie gdy nie dbasz o siebie. Ja zaniedbałam praktycznie wszystko: odżywiane, ruch, powietrze. Do tego codzienne przepracowanie – to nie mogło się inaczej skończyć. W książce pokrótce jest to opisane. Wszystkie pieniądze, które zarabiałam przed chorobą inwestowałam – prowadziłam sklepy, więc chcąc nadal się rozwijać, połowę przeznaczałam na dalszy rozwój w tej branży, natomiast drugą połowę inwestowałam w rozwój osobisty: szkolenia, warsztaty – między innymi Time Line Therapy, chodzenie po ogniu, medytacja, wiedza z Shaolin…Po drodze również pisałam wiersze, występowałam w teatrze, motywowałam innych, byłam nawet coachem, jednak choroba pokrzyżowała moje plany – musiałam na kilka lat wycofać się z normalnego funkcjonowania. Długo podnosiłam się po tym upadku, ale teraz między innymi dzięki wiedzy jaką zdobyłam wcześniej i tej, na którą trafiłam poszukując uzdrowienia, jestem bardziej świadoma i silna – fizycznie i mentalnie. Myślę też, że dzięki tym technikom, które poznałam mieszkając jeszcze w Polsce, tutaj przetrwałam i dzięki Bogu, wszystko dobrze się skończyło. Ale wracając do tematu – wtedy straciłam wszystko. Musieliśmy więc jak najszybciej zwiększyć dochód. Mając problemy finansowe w Polsce niestety ciężko się funkcjonuje, i stąd ten wyjazd „na żywioł”.

Byłam wtedy w kiepskiej kondycji fizycznej, a przez to i psychicznej. W tym czasie nie potrafiłam odzyskiwać energii w sposób jaki robię to teraz: poprzez medytację czy inne techniki. Nie wyobrażałam sobie wtedy wyjazdu, ale wiedziałam, że musimy to zrobić. Starałam się nawet nie czytać informacji na temat tego, jak tutaj jest, bo wiedziałam, że nawet jeśli przeczytam coś złego, to i tak będzie trzeba pojechać. To nie miało znaczenia. Wierzyłam w to, że będzie dobrze, chciałam żeby było dobrze, ale moje wibrację były na tak niskim poziomie, że pewnie między innymi przez to trafiłam na taką, a nie inną rzeczywistość.

Gdybym wtedy była pełna życia i energii tak jak teraz, gdybym była sobą, to pewnie szybciej bym to wszystko odmieniła. Będąc już na miejscu i widząc co się dzieje, bardzo cierpiałam, nie wiedziałam jak wydostać się z tej sytuacji. I pewnego dnia przyszła myśl, która „odezwała” się w mojej głowie: „hej, przecież znasz techniki, które mogą ci pomóc, działaj!.” Pomyślałam: „ No tak, racja. Znam sposoby i wiem, że potrafię to zrobić!” Później było spotkanie z pewnym mędrcem, który również wiele mi uświadomił i przypomniał, i tak wszystko się zaczęło. Najpierw była medytacja, której kompletnie nie doceniałam, później powrót do wizualizacji i afirmacje. W końcu zaczęłam wprowadzać całą wiedzę jaką wcześnie przyswoiłam na poziomie umysłu i zaczęły dziać się cuda! Wiedziałam, że pierwszym krokiem musi być odmiana mojego myślenia i wyrzucenie strachu, który miałam w sobie. To było ciężkie, bo myśleć o słońcu, będąc w środku burzy, jest nie lada wyczynem. Nie było łatwo przebywać w patologii, a myśleć o pięknym, spełnionym życiu, o zdrowiu, o domu itd. Nie było to łatwe, ale zaczęłam to robić. Włączałam na słuchawkach muzykę i medytowałam, wizualizowałam… i modliłam się żeby to wszystko przetrwać. Po jakimś czasie wszystkie dobre rzeczy zaczęły wyskakiwać jak królik z kapelusza. Jedną z nich była sytuacja ze szkołą mojego syna – przed wyjazdem mówiono mi, że będzie on miał straszne problemy ze szkołą, że zawali rok nauki, bo był w połowie drugiej klasie liceum w Polsce. Straszyli, że nie ma szans, żeby się dostał od razu do brytyjskiej szkoły średniej, że na studia to na pewno 2 – 3 lata później pójdzie. Nawet w centrach polonijnych udzielali nam takich informacji. Na początku byłam tym załamana, ale później zaczęłam intensywnie działać w tym kierunku, myśleć pozytywnie… i wszystko zaczęło się fajnie układać. Mój syn studiuje teraz w Cambridge i ani jednego roku nie stracił, dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy.

Przeszłam prawdziwą próbę bojową pozytywnego myślenia i w końcu zaczęło dziać się dobrze. Teraz staram się te techniki udostępniać innym, przedstawiać inny sposób myślenia, działania. Staram się uświadamiać, że tak naprawdę wszystko zależy od nas. Czasami rzeczywiście jest tak, że się pogubimy, a strach i problemy przygniatają z każdej strony, jednak trzeba wierzyć w to, że jesteśmy w stanie się z tego wydostać, bo jeżeli nasz umysł nas zaprowadził w tą ciemną dolinę, to ten sam umysł może nas z tego wyprowadzić. Trzeba go tylko wzmocnić i nasycić pozytywnymi wizjami.

W tamtym czasie miałam chwilę zwątpienia. Zazwyczaj rano, zaraz po przebudzeniu. Zastanawiałam się co ja tu robię, czy dam radę, czy mam na tyle siły i wytrwałości… Podczas medytacji na chwilę, choć też nie zawsze, złe myśli odpływały, ale gdy tylko otwierałam oczy i schodziłam na dół do kuchni, i widziałam co tam się dzieję, to automatycznie cały zły nastrój powracał…a tam albo pili i ćpali, albo się kłócili, albo nikogo w domu nie było i niepewność, co będzie gdy wrócą… A w nocy pobudka i sprawdzanie czy wszystko jest w porządku, czy coś się nie pali, bo nie raz było tak, że się dymiło przez piekarnik zostawiony sam sobie.

A wątpliwości miałam na początku praktycznie cały czas. Pojawiały się też myśli, że to wszystko może się nie udać i że będziemy musieli wrócić do Polski, choć nie było wtedy do czego wracać. A do tego często, gdy wychodziłam z domu spotykałam Polaków, którzy mówili: „wiesz, ja już mieszkam 3 lata ‚na pokoju’, nie ma szans na mieszkanie”, to zwątpienie rosło do ogromnych rozmiarów. Z drugiej strony wiedziałam, że można by się przeprowadzić gdzieś do zupełnie innego miasta na północy Anglii, ale tam z kolei słyszałam, że bywają problemy z pracą. Poza tym w tyle głowy miałam myśl, że tutaj w pobliżu jest Cambridge, i mój syn może dostać się na uniwersytet. Wiedziałam, że aby zaczęło dziać się dobrze, muszę przezwyciężyć te osłabiające myśli – zwątpienie, strach i zastąpić je tymi wspierającymi. Ale to jest proces. To nie trwa dzień, tydzień… najpierw myśl trzeba zasiać, podlać wiarą i jak ona zakiełkuje, wyrośnie…wtedy dopiero można zobaczyć efekty w realnym życiu.

Jeżeli pisałabym tę książkę teraz, to pewnie byłaby tam zawarta część mojego nowego życia i miałaby ona już troszkę inny charakter. Pisząc ją wtedy, chciałam się po prostu uwolnić od tych przeżyć. Na początku nie myślałam o wydaniu jej. Miała być napisana, schowana, a może nawet spalona, by zakończyć ten rozdział życia. Dopiero później przyszła myśl, by ją wydać.

Tak, zdarzały się miłe chwile w tamtym czasie – opisałam w książce przepiękną, wręcz magiczną świątynię Sikhów, która napawała mnie spokojem umysłu, albo park, który znajdował się przy domu, albo Cambridge, które było i jest dla mnie ostoją. To miasto dawało mi wytchnienie, oderwanie od rzeczywistości. Czułam tam radość, inną energię i do tej pory jestem w nim zakochana. Z tych złych rzeczy mogłam jeszcze niejedno dodać, ale nie chciałam już zbytnio dramatyzować. Zresztą i tak starałam się zabarwić całą opowieść szczyptą humoru, by nie wprowadzać czytelnika w skrajnie złe emocje.

Wracając – tam w tych domach toczy się dramat tych ludzi i jest mi ich naprawdę szkoda. Przyglądając się im bliżej widać, że są bardzo zagubieni. Przyjechali tu po swoje marzenia, z planami, a tęsknota lub towarzystwo ściągnęło ich w dół. Spotkałam tu też wiele naprawdę fajnych i dobrych ludzi z którymi przyjemnie się rozmawiało. W „naszym” domu takich nie było, a jeśli już, to bardzo szybko wracali do Polski. Z niektórymi naprawdę żal się było żegnać, gdyż można było słowo zamienić i poczuć namiastkę normalności.

Na moim blogu, Instagramie, czy Facebooku celowo nie ciągnę tej historii. Książka jest czymś, co zamknęło ten etap, ale też jest przestrogą dla tych, którzy chcą tutaj przyjechać w ciemno. Młodzi ludzie moim zdaniem nie powinni tu przyjeżdżać sami, gdyż są bardzo podatni na wpływy z zewnątrz, a w takim środowisku koniec końców nie ma z kogo brać dobrego przykładu. Dla młodego człowieka przyjazd tutaj może wydawać się atrakcyjny: pierwsze zarobione pieniądze, imprezy, mieszkanie bez rodziców – jednak na dłuższą metę rodzi to wiele problemów. Taka impreza może przedłużyć się do kilku lat, a potem ciężko jest się z tego wyrwać, ponieważ uzależnienie ciągnie w dół. Poznałam osoby, które do tego stopnia stoczyły się, że musiały wracać do Polski prosto na odwyk. Nie mogli funkcjonować – przez alkohol i narkotyki tracili pracę, nie mieli pieniędzy na pokój, na jedzenie… rodzina płaciła za busa i w tego busa pakowaliśmy taką osobę by bezpiecznie wróciła do kraju. Wielu z tych ludzi mieszkających na pokojach od dna dzieli tylko to, że mają schronienie, ale tak naprawdę funkcjonują podobnie do bezdomnych. Na pokój mają, bo do pracy raz, czy dwa razy w tygodniu chodzą. Oni są już tak naprawdę na dnie, a wydaję im się, że jest wszystko w porządku i jeszcze wmawiają wszystkim naokoło, że to z nimi jest coś nie tak! Koszmar! W takich sytuacjach tym bardziej trzeba mieć swoją wizję życia przed oczami.

Książka dla niektórych jest trochę wstrząsająca i niektórzy piszą różne głupie rzeczy na jej temat. Ja nie zwracam na to uwagi, bo wiem, że niesie ona swój przekaz. Ma ona pokazać między innymi, na co można trafić przyjeżdżając w ciemno. Przed jej wydaniem myślałam: „Boże, jaki obraz Polaków nakreśli ta książka…” Zastanawiałam się, czy to jest w porządku, że piszę o tym będąc Polką. Jednak gdy później znów widziałam tych cierpiących ludzi, to uznałam, że musi ona ujrzeć światło dzienne. Jest ona też rodzajem… krzyku. Krzyku: „ludzie przebudźcie się! Tutaj dzieją się złe rzeczy!” Jestem bardzo wrażliwa na takie dramaty. Dużo osób to widzi, ale nic nie robi, przymyka na to oko.. Mną to wszystko bardzo wstrząsnęło, te wszystkie obrazy, sytuacje… Ja nie potrafię przejść obojętnie obok takich rzeczy.

Czasami przychodzą takie myśli, żeby wrócić do kraju. Bardzo kocham Polskę, polską ziemię, wszystkie wspomnienia z dzieciństwa, polski język, ale z drugiej strony czuję, że cały świat stoi przede mną otworem. Nie chcę się ograniczać. Chcę poznawać, smakować, doświadczać…Mam włoską krew i cygańską duszę, dlatego ciężko jest mi usiedzieć w miejscu… Dla mnie cały świat jest jednością, a kraje to jakby różne jego okolice. Nie myślę w kategoriach, że Polska to ojczyzna, i muszę tam mieszkać. Do Polski mogę jeździć kiedy mam ochotę. Moje serce jednak bardziej gna do słonecznych Włoch. Jestem weganką, w większości moje pożywienie jest surowe, dlatego podstawą dla mnie są dojrzewające w słońcu owoce i warzywa, do których w Brytanii jest słaby dostęp. Stąd moje kolejne plany są związane właśnie z tym, by mieszkać lub chociaż jak najczęściej przebywać w słonecznym miejscu, najlepiej w Toskanii…

Na koniec chcę tylko powiedzieć, że każdy ma moc by odmienić swoją rzeczywistość. Bez względu na to, w jakiej sytuacji się znajduje, za pomocą swojego cudownego umysłu może ukształtować swoje życie na nowo. Musi jedynie być strażnikiem swoich marzeń, chronić, pilnować, aby nic ani nikt nie zakłócał ich „wzrostu”, być wdzięcznym oraz wierzyć… gdyż z wiarą wszystko staje się możliwe, ponieważ to właśnie wiara toruje drogę do miejsc, które są w umyśle…

Blog: https://www.viasorino.com

Instagram: https://www.instagram.com/viasorino/

Facebook: https://www.facebook.com/viasorino/

Komentarze